Reklama

Intelektualne wypryski za kulisami wielkiej estrady. Miłosz Bidziński o pracy w Opolu i nie tylko

Światło w pokoju jest przygaszone. Jedynym mocnym źródłem blasku jest błękitna poświata monitora. Kliknięcie myszką. Zielona dioda kamery internetowej rozbłyskuje, nawiązując stabilne połączenie z człowiekiem, który zaledwie kilka dni temu trzymał w rękach stery największego festiwalu w kraju. Po drugiej stronie ekranu, w oknie komunikatora, pojawia się Miłosz Bidziński, 35-letni starachowiczanin, absolwent Szkoły Podstawowej nr 12 i I LO, a dziś wzięty reżyser widowisk telewizyjnych po łódzkiej filmówce. W tle jego pokoju widać ekrany podglądowe, rozpisane scenariusze i konsolę montażową. Słychać cichy, cyfrowy szum łączności internetowej.

Rozpoczynamy transmisję. Nie ma tu fizycznego uścisku dłoni, jest technologia, która najlepiej pasuje do kogoś, kto na co dzień zarządza wielomilionowymi produkcjami.

Tegoroczny Krajowy Festiwal Polskiej Piosenki w Opolu po raz kolejny przeszedł do historii pod znakiem starachowickiego talentu. Dyrekcja opolskiego amfiteatru oraz Telewizja Polska nie miały wątpliwości: jeśli coś rok temu okazało się absolutnym hitem, trzeba to powtórzyć.

I tak Miłosz po raz drugi stanął za sterami wielkiego, pokoleniowego koncertu „Hip-hop. Jedno podwórko 2”, skupiając na sobie oczy całej branży muzycznej, a zaraz potem wyreżyserował gigantyczne, ogólnopolskie widowisko programowe „Kabaretu Neo-Nówka 26 lat”.

Reklama

Droga na ten prestiżowy reżyserski fotel zaczęła się jednak zaskakująco wcześnie. Kursor historii cofa nas do momentu, gdy Miłosz miał zaledwie 17 lat. Na ekranie widać błysk w jego oku, gdy wspomina deski Teatru Komedia i Piotra Bałtroczyka. Był asystentem kierownika planu, pilnował żeby aktorzy we właściwym momencie pojawili się na planie.

Wtedy pod swoje skrzydła wziął mnie nieżyjący już Tomasz Alber (zm. w 2019 roku), producent telewizyjny, założyciel firmy AlberT Production. To on sprawił, że moje myśli zostały ukierunkowane na tę ścieżkę zawodową. Choć przyznam, że ta przestrzeń wydawała się mało realna dla młodego człowieka ze Starachowic. Tomek utwierdził mnie w tym przekonaniu, że decyzja jest słuszna. Podobnie jak dyplom dotyczący reżyserskich aspektów realizacji Festiwalu Top Trendy w Sopocie, napisany pod opieką prof. Jerzego Woźniaka.

Reklama

Dźwięk przeskakującego kadru. Na ekranie Miłosz uśmiecha się na wspomnienie rodzinnego domu. Chociaż jako dziecko i w latach młodości nigdy nie zasiadał w gronie opolskiej publiczności, to szeroko pojęta kultura w Starachowicach otaczała go z każdej strony. Festiwale w Sopocie, Opolu i Kołobrzegu śledzono w jego salonie z zapartym tchem. Nic dziwnego - z tym ostatnim mocno związany był przecież jego tata, Maciej Bidziński (obecnie dyrektor ośrodka kultury w Pawłowie). Ojciec Miłosza na deskach lokalnego Spółdzielczego Domu Kultury (SDK) zainicjował zresztą Festiwal Piosenki Znanej i Lubianej, który w swoim lokalnym wymiarze był bezpośrednio inspirowany właśnie amfiteatrem w Opolu.

To cenne, krajowe i sopockie doświadczenie produkcyjne Top Trendy, o którym wspomina reżyser, kiełkowało w nim już od tamtych lat. Geny i domowa atmosfera zrobiły swoje, choć plany młodego Miłosza początkowo wcale nie krążyły wokół wielkiej estrady.

Reklama

To było w tle mojego wychowania, ale wtedy nie spodziewałem się i nie miałem takich ambicji, by kiedyś być częścią opolskiego festiwalu. Do łódzkiej filmówki poszedłem głównie ze względu na film. Moja droga do Opola była inna niż polska piosenka.

Przez głośniki komputera sączy się cicha, nostalgiczna melodia. Miłosz to muzyczny kameleon - potrafi dopasować dźwięki do każdego nastroju dnia. Odrzuca jednak disco polo. Bo przecież muzyka ludowa czy folklor mają tyle ciekawych odcieni i wspaniałych opowieści, że takie nieestetyczne zastępstwo zdaje się być strasznie puste.

Reklama

Prawdziwym emocjonalnym tąpnięciem jest dla niego utwór „Cats in the Cradle” - bez względu na to, czy śpiewa go Harry Chapin, Johnny Cash, czy rockowe Ugly Kid Joe. Ta opowieść o trudnej, uciekającej relacji ojca z synem po prostu rozkłada go na łopatki.

To właśnie ta wrażliwość na treść i słowo zrodziła opolski sukces. Pierwsze „Jedno podwórko” powstało z rewolucyjnego pomysłu Vienia z formacji Molesta, który chciał wprowadzić polski rap na szacowne, telewizyjne salony. Zeszłoroczny debiut formatu był powiewem niesamowitej świeżości, ale powrót do Opola z drugą edycją wiązał się z gigantyczną, paraliżującą presją. Czy da się powtórzyć sukces? Ekran monitora rejestruje dumę w głosie reżysera: tegoroczny koncert „Hip-hop. Jedno podwórko 2” oraz jubileuszowy program „Kabaretu Neo-Nówka 26 lat” potroił widownię przed telewizorami!

Reklama

TVP stworzyła nam szeroką przestrzeń do działania. Był to niewątpliwie efekt świeżości pod względem wizualnym i muzycznym. Ubiegłoroczny koncert na pewno był dla mnie wyzwaniem, ale tegoroczny wiązał się z presją, czy ten sukces da się powtórzyć. Udało się: potroiliśmy widownię w stosunku do ub. roku. Co z pewnością należy uznać za sukces. Nie byłoby to możliwe, gdyby nie sztab ludzi pracujących za kulisami, od operatorów, dźwiękowców, po oświetleniowców itd. Rolą reżysera jest dobrze obsadzić ludzi w swoim fachu. To musi działać jak dobrze naoliwiona machina.

Moje zadanie sprowadzało się do opracowania koncepcji i zgrania zespołu na etapie realizacji, połączeniu różnych dziedzin, osobowości, charakterów. Mam to szczęście, że trafiam na charyzmatycznych, którzy do tych moich „wyprysków intelektualnych”, chcą dołożyć coś swojego. To sobie bardzo cenię w swojej pracy.

Reklama

Sztuka narracyjna ma to do siebie, że jest oparta na wielu pionach artystycznych, które wierzą w słuszność danego przedsięwzięcia. Rok do roku efekt, który chcieliśmy uzyskać, został osiągnięty. Wszystko wyszło zgodnie z planem a efekt wizualny był oceniony jako spektakularny, co przeszło nawet nasze oczekiwania.

Hip hop generalnie jest o słowie a nie o muzyce, dlatego tak zależało nam na efekcie wizualnym, by przykuć uwagę widzów...

Połączenie wideo pozostaje stabilne, ale myślami Miłosz jest już w zupełnie innych współrzędnych geograficznych. Opole to zamknięty rozdział, a machina reżyserska nie znosi próżni. W jego wirtualnym kalendarzu, który mignął mi na ekranie, terminy gonią terminy. Pod koniec sierpnia Sopot i czwarty dzień wielkiego Festiwalu Top of the rock. W listopadzie - lot za ocean. Chicago, Festiwal Polonaise, czyli potężne plenerowe święto Polonii, gdzie Miłosz przed laty stawiał pierwsze samodzielne kroki, a także kierownictwo artystyczne nad galą otwarcia przeglądu polskich filmów w USA. Stacje TVP, TVN, Polsat, platformy streamingowe. Bo dobrych formatów się nie porzuca.

Reklama

Jestem szczęśliwy z tym, co robię. Mam ten przywilej, że mogę z każdym projektem zaczynać od zera i robię za każdym razem co innego, z innymi ludźmi, co utrzymuje mnie w ciągłej zawodowej dyscyplinie i dyspozycji. Mam nadzieję, że to szczęście potrwa.

Sygnał dźwiękowy oznajmia koniec transmisji. Nasz człowiek w Opolu - i na całym świecie - rozłączył się, by znowu zacząć tworzyć magię, która za kilka miesięcy znowu przykuje miliony Polaków przed ekrany.

 

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Efek - niezalogowany 2026-07-08 18:12:52

    Bardzo to wszystko narcystyczne i próżne. Co kto lubi.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Reklama

Wideo Starachowicki.eu




Reklama
Najnowsze wiadomości