Jakie są trzy atrybuty dobrego organisty? Dobry śpiew, dobre granie i bycie dobrym człowiekiem... Tego wszystkiego z pewnością trudno odmówić Julianowi Wolskiemu, organiście z gm. Pawłów, który od 73 lat dba o oprawę artystyczną wydarzeń kościelnych, śpiewając na chwałę Boga i ku zadowoleniu wiernych...
Odwiedzam pana Juliana Wolskiego w jego miejscu pracy, które jest stałe i niezmienne od 63 lat. 90-letni organista posługuje w parafii pw. Św. Jana Chrzciciela w Pawłowie. Dyskretnie wchodzę na chór w czasie Mszy św. Trwa Komunia, pan Julian śpiewa pieśń na dziękczynienie. Nie chcę go rozpraszać, ale od wejścia widzę, że podchodzi profesjonalnie do swoich obowiązków. Po zakończeniu pieśni, podnosi się od instrumentu, podaje mi rękę i mówi "Wolski jestem". Wiem, że mam do czynienia z nietuzinkowym człowiekiem.
Do końca Mszy mam czas na zrobienie nagrania i paru zdjęć. Mój rozmówca trzyma fason...
Po zakończonej Eucharystii, kiedy wierni wyszli z kościoła jest czas na rozmowę.
- Pamięta Pan, kiedy pierwszy raz zasiadł przy klawiszach?
- To był 1953 rok, styczeń - zdawałem egzamin przed ks. profesorem w Sandomierzu, on był wykładowcą od śpiewu i muzyki w Seminarium.
- Ale żeby przystąpić do egzaminu trzeba było już chyba coś wcześniej grać?
- Pochodzę z Jasieńca Iłżeckiego. Ówczesny proboszcz z tamtejszej parafii mnie zachęcił do grania. Ja generalnie to lubiłem śpiewać, ale ks. Stanisław Łapiński mnie zainspirował do grania, dawał mi początkowo lekcje - tam była fisharmonia pedałowa. Początkowo nie bardzo mi to szło, ale po sześciu latach grania w 1959 roku zdałem egzamin, który dawał mi uprawnienia do pełnienia funkcji organisty.
- I tak już 73 lata Pan gra... ale nie spoczął Pań na uprawnieniach organisty. Po drodze było gruntowne wykształcenie w tym kierunku...
- Z uprawnieniami wyjechałem do Lublina, do szkoły muzycznej, do klasy organowej. Po dwóch latach złożyłem egzamin przed komisją organistowską i zacząłem grać w Diecezji Lubelskiej, w powiecie Lubartowskim. Dwa lata grałem w Lubartowie i wróciłem w rodzinne strony, znowu na dwa lata, dojeżdżałem z Jasieńca do Iłży do kościoła rowerem. W tym czasie ukończyłem dwa lata Szkoły Organistów Radomiu.
Wtedy dowiedziałem się, że zwalnia się miejsce w Pawłowie, bo tamtejszy organista odchodził do Końskich. I tak tu zamieszkałem, potem się ożeniłem. W parafii pw. Św. Jana Chrzciciela gram od 1 października 1963 roku.
- Licząc na szybko w tym roku będzie 63 lata, to niesamowite tyle lat pracy i to w jednym miejscu...
- Tak, i urlopów też specjalnie nie miałem, bo jestem nietypowym organistą - jestem też rolnikiem, mam 5 hektarów ziemi. Wcześniej miałem krowy, świnie i pole a teraz zajmuje się tym syn i w większości to są sady, plantacja porzeczki. Właśnie o tą uprawę porzeczki pojechałem na dwa tygodnie do Wielkiej Brytanii i to były mój jedyny dłuższy urlop w życiu. Czasem zdarzały się jakieś gardłowe niedyspozycje - najczęściej na Jana Chrzciciela, jak na złość... ale rzadko, dzięki Bogu.
- A tak świętek i niedziela w kościele, ile trzeba poświęcenia? Jak znosiła to żona, rodzina, dzieci?
- Żona nie narzekała, nie była przeciwna, przynajmniej się nie skarżyła. Wiedziała, że wychodzi za mąż za organistę. A poświęcenia trzeba - trzeba to kochać. Ja od zawsze kochałem śpiew. Od 5 roku życia służyłem do Mszy św., która wtedy jeszcze odprawiana była po łacinie, w wieku 7 lat przyjąłem pierwszą Komunię św. Od zawsze byłem blisko Boga i kościoła i to mi pasuje...
- Ponad 60 lat w parafii w Pawłowie to już trzecie pokolenie. Zna Pan tą społeczność jak mało kto na wsi. Chrzty, komunie, bierzmowania, śluby, pogrzeby - towarzyszy Pan ludziom w najważniejszych momentach życia.
- Mam poczucie, że robię coś ważnego i cennego dla ludzi. Przeżyłem już siedmiu księży w tej parafii. Mam kronikę, którą założyłem w gminie. Znam parafię bardzo dobrze, kiedyś liczyła blisko 8.000 ludzi nie tylko z Pawłowa, ale też Stykowa, Jabłonnej aż po Kuczów. Dziś to niespełna 3.000 parafian. Przez lata prowadziłem też księgi parafialne, dopóki nie nastał ks. Jan Pietruszka i powiedział - dość. Mam za sobą ponad 2000 pogrzebów.
- Wiele z tych osób znał Pan osobiście, łączyły Was bliskie relacje. Jakie to uczucie towarzyszyć ludziom w ostatniej drodze?
- Zawsze jest współczucie dla rodziny, trudno do tego podchodzić zawodowo, najgorzej, jak trzeba było młodych chować. Wcześniej to organista chodził po zmarłego do domu i dopiero odprowadzał go z kościoła na cmentarz.
- Kto śpiewa ponoć dwa razy się modli, zatem miejsce w niebie ma Pan już gwarantowane...
- Ponoć, tak mawiają. Ja za swoją pracę zostałem doceniony. Z okazji Jubileuszu 50-lecia pracy dostałem specjalne podziękowanie od papieża Franciszka za pośrednictwem ks. kard. Konrada Krajewskiego, metropolity Łódzkiego. Na 60-lecie pracy docenił mnie ks. prof. Adam Orczyk.
- Jakie cechy musi posiadać dobry organista?
- Przede wszystkim dobrze śpiewać, dobrze grać i być dobrym człowiek, zawsze starałem się być dobrym człowiekiem.
- A instrument ma znaczenie?
- W parafii mamy organu piszczałkowe Jagodzińskiego, ale są nieczynne. Nie ubolewam bardzo nad tym, bo są twarde, a place już coraz słabsze a do tych się już przyzwyczaiłem.
- W dobie wirtualnych organistów, kiedy człowieka zaczyna coraz częściej zastępować urządzenie elektroniczne, parafia w Pawłowie, nie ma problemu z organistą...
- Wirtualny organista nie jest dopuszczony przez hierarchie kościelne i przykro mi, że tak łatwo przychodzi zastąpić człowieka, ale to już nie ode mnie zależy. Na każdego przychodzi czas. Ja też już myślałem zrezygnować trzy lata temu, kiedy zachorowała mi żona i musiałam się nią opiekować. Ale żona zmarła i gram nadal. Teraz mamy Jubileusz 700-lecia parafii i 150 lat konsekracji kościoła. Nie mogę odejść, chyba, że mnie śmierć zabierze.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze