Waldemar Biełoszejew opowiada o dzieciństwie w przedwojennym Wierzbniku, trudnych powojennych latach, zawodowej drodze oraz pasjach, które towarzyszyły mu przez całe życie. To opowieść o pokoleniu, które ciężką pracą budowało swoją przyszłość i rozwój Starachowic.
- Jak wspomina Pan swoje dzieciństwo w Wierzbniku? Jak wyglądało życie w czasie wojny z perspektywy dziecka i zaraz po?
- Pamiętam, ale pamiętam jak mieszkałem na ul. Marszałkowskiej w kamienicy, która stykała się z Bazaltami, gdzie była restauracja Hutnianka. Mieszkaliśmy z babcią, mamą, ojcem i starszą siostrą , która kończy w tym roku 93 lata.
Była facjatka na górze - tego już nie ma, bo kamienica została zmodernizowana. Dzieliśmy to ze społecznością pochodzenia żydowskiego. Nie było żadnych scysji między nami.
Mama nie miała wykształcenia, pracowała jako pomoc w aptece przyszpitalnej (parterowy szpital był przy ul. Borkowskiego, gdzie było pogotowie a dziś jest Starostwo powiatowe).
Jako mało dziecko nie odczułem wojny, to był spokojny okres dla mnie, mama dbała o nas.
- Ma Pan dość rzadkie w Starachowicach nazwisko...
- Po ojcu, który pochodził z Brześcia nad Bugiem - to była tzw. Polska B. Pochodził z wielodzietnej rodziny, ciężko im było, a że tu był Centralny Okręg Przemysłowy przyjechał do pracy, gdzie wcześniej już zamieszkała jego siostra. Zapoznał moją mamę. Pobrali się. Ojciec był prawosławny – na ślub musiała być zgoda biskupa w Sandomierzu - warunkiem było wychowanie w wierze rzymsko-katolickiej.
Kiedy miałem 4 lata ojciec odszedł a dziadek z ojca strony zabrał mnie i siostrę do Brześcia. Byliśmy tam przez rok – był tam domek parterowy przy ul. Łąkowej. Tam nas zastała wojna. Wojska niemieckie doszły do Buga i wojska radzieckiego doszły do Bugu. Na furmance pod kołdrami uciekaliśmy na wieś. Pamiętam, że po drodze była Cerkiew, gdzie babcia kazała mi ikonę całować Mama chciała jednak żebyśmy wrócili do domu. Udało się to zrobić przez Polski Czerwony Krzyż, choć dziadkowie ze strony ojca bali się nas spuścić. Wsadzili nas do towarowego pociągu, który był pełen ludzi. Dali nas pod opiekę rodziny, która miała swoje dzieci. Dojechaliśmy do mostu (odległość jak ze Starachowic do Wąchocka). Tam podjechał inny pociąg osobowy, to była Generalna Gubernia - w przedziale był dwóch żołnierzy, ale nieuzbrojonych. Oni opiekowali się nami w podróży do Wierzbnika. Negatywnych skojarzeń z wojną nie mam. Mama nas odebrała po kwarantannie. Przywiozła nas do Wierzbnika Na Szlakowisko.
- To dzieciństwo wyglądało jednak zupełnie inaczej niż dziś dzieci mają?
- Myśmy nigdy nic nie mieli, to była zdecydowanie bieda rodzina. Mieliśmy pokój z kuchnią, której okna wychodziły na Wielki Piec. On cały cza spracował, wywożono szlakę. Tam młodzież Hitlera miała ćwiczenia w strzelaniu. Mama nas nie puszczała z domu, bo się o nas bała. Zbierałem chrust oraz węgiel przy torach, na jagody chodziliśmy, ale mnie to bardzo nie szło. Potem je sprzedawaliśmy, koło dzisiejszego szewca na Kilińskiego.
- Czy to zamieszkanie przy bazaltach a potem Wielkim Piecu zdecydowało o wyborze zawodu odlewnika?
- To był przypadek. W szkole (chodziłem do dawnej piątki na Spółdzielczej) nie miałem problemu, miałem dobrą pamięć, tylko brzydkie pismo. Uczono religii, wcześnie zostałem ministrantem w kościele Św. Trójcy, to miało duży wpływ na mnie. Podobało mi się to, uczyliśmy się odpowiadać po łacinie.
Po podstawówce, którą skończyłem w 1949 roku było gimnazjum – mieliśmy 4 dni teorii i dwa dni praktyki na warsztatach. Skończyłem jako tokarz. Po gimnazjum była reforma szkół, powstały technika – skierowano mnie na wydział mnie na wydział odlewniczy. Jako tokarz chciałem uczyć się czego innego. W 1953 roku zrobiłem maturę. Dostałem nakaz pracy w Zakładach Metalowych w Skarżysku, potem zmienili mi nakaz do Grudziądza. Ci w FSC zarabiali 900 zł na rękę a ja dwa razy tyle. To dla mnie była szkoła życia. Zamieszkałem z małżeństwem, co przyjmowali uczniów na stancje. Traktowali mnie jak swoje dziecko.
- Od tej pory mógł Pan pomagać rodzinie finansowo?
- Tak było, kiedy przyjechałem na pierwsze święta Bożego Narodzenia, pomogłem babci i siostrze finansowo, bo ciężkie były czasy. Mama chciała, żeby został w Starachowicach jak moi koledzy. Pod pretekstem opieki nad mamą otrzymałem zmianę nakazu pracy w FSC im. Feliksa Dzierżyńskiego (4 maja 1954 rok). Zgłosiłem się do kadr - zostałem przyjęty na Odlewnię D3 (elektrostalownia) na młodszego mistrza. Pracowałem na trzy zmiany. Przepracowałem tam w sumie 14 lat.
- W międzyczasie odbył Pan 32 miesiące służby wojskowej jako radiotelegrafista.
- To był okres, kiedy najwyższe stanowiska w wojsku mieli radzieccy generałowie. W 1958 roku wróciłem z wojska, zostałem mianowany na mistrza za dyrektora Lenarta, potem zrobili mnie kierownikiem rozdzielni modeli - przywieźć-zwieźć do remontu. To mi nie pasowało. Zazdrościłem kolegom, co robili rysunki. Z podziwem na to patrzyłem. Przyszedł "olej do głowy", poszedłem do głównego metalurga i powiedziałem, że chciałbym tam pracować. Dostałem tam skierowanie. Premia była uznaniowa, ale nawet jak przyznali 180 zł trzeba było się podzielić z kolegą. Zaczęli namawiać na Wyższą Szkołę Inżynierską w Skarżysku. To była filia kielecko-radomska, potem z tego powstała Politechnika Świętokrzyska. Zdecydowało się nas pięciu. Zanim zdecydowałem się na te studia w 1963 roku przez pół roku chodziłem na kurs przygotowawczy.
- A w tym intensywnym czasie nauki i pracy był czas na miłość? Na kobiety?
- Wcześniej, bo w 1960 roku się ożeniłem się. To była moja pierwsza miłość, urodził się syn Mariusz (1961 r.), potem córka Dorota (1965 r.). Mieszkaliśmy w prywatnym domu na Al. Wyzwolenia. Musieliśmy się stamtąd wyprowadzić, żona nie pracowała, zajmowała się domem. Zapisałem się do Spółdzielni Mieszkaniowej. W FSC pracowałem już wtedy na desce u głównego technologa. Ale żyć się nie dało. W Słowie Ludu przeczytałem, że Chemar Kielce potrzebuje starszych konstruktorów, mieszkanie dają w ciągu roku. Pojechałem z dokumentami, zgodzili się bym kończył studia i zwolniłem się z FSC po 14 latach. Pojechałem do Kielc, mieszkałem w hotelu robotniczym, studiowałem, nie opuszczałem dni, ale godziny, m.in. wtedy kiedy urodziła się córka. Jako żywiciel rodziny szukałem różnych źródeł zarobkowania. Dostałem skierowanie na wydział mechaniczny, premia była większa. Ale klimat nie był dobry, za dużo polityki było.
Potem były Zakłady Iskra - Regionalny Związek Spółdzielni Inwalidów - dostałem skierowanie na warsztat na zastępcę kierownika ds. technicznych. To był szczyt marzeń - tam przepracowałem 15 lat. Dostałem mieszkanie w Kielcach, ściągnąłem rodzinę. Lata leciały, dzieci dorastały, myślałem o ich usamodzielnieniu.
- Przełom lat 50/60 – jak wyglądały wtedy Starachowice - to było miasto dające młodym perspektywy na przyszłość?
- To było szalony rozwój, Centralny Okręg Przemysłowy. Fabryka dawała pracę ponad 20 tys. ludziom, przywożono ich zewsząd do pracy. Był głód mieszkań, Spółdzielnia zaczęła budować bloki, osiedla, ulice. Ten dynamiczny postęp przypadał na lata, kiedy ja już mieszkałem w Kielcach, ale tu była mam siostra, przyjeżdżałem i za każdym razem widziałem te zmiany.
- Które miejsca, inwestycje miały strategiczne znaczenie dla rozwoju miasta?
- To, co się dziś dzieje jest bardzo podobne do tego czasu, kiedy ja przyjeżdżałem z Kielc, widząc postęp. Kiedyś rynek, furmanki z końmi, odchody na drodze, kocie łuby. Dziś to zupełnie inne miejsce, tak samo południowa część miasta, niby Osiedle a jakby powstało drugie miasto, ulice, cała infrastruktura. Nawet kiedy człowiek wysiądzie na dworcu, jednym czy drugim to jak zmieniło się otoczenie. Same budynki dworców wymagają remontu, ale teren wokół pięknie zagospodarowany.
- Ale ponoć zasmakował pan chleba również zagranicą?
- Po 15 latach pracy w Kielcach, dostałem namiar przypadkowo na warszawską firmę Dromex, która budowała w Iraku, Libii drogi, mosty. Zadzwoniłem, złożyłem dokumenty, to przypadało na lata stanu wojennego. W 1982 roku pojechałem jako dyspozytor do Libii. Tam w miesiąc zarobiłem tyle, ile tu w cały rok. Po roku przyjechałem na urlop, pieniądze na wesele syna się przydały. Kolejny przyjazd, to córka wyszła za mąż. Niestety przez pracę zagranicą rozpadło się moje małżeństwo.
Po powrocie załapałem się do pracy w Exbudzie, stamtąd pojechałem na dwa lata do Niemiec, gdzie na montażu fizycznie mimo że miałem tytuł inżyniera. Miałem wtedy prawie 60 lat. Kiedy wróciłem do Polski nie było dla mnie pracy i musiałem odejść na wcześniejszą emeryturę. Ale dorabiałem w sklepie rowerowym.
- Jak widać praca Pana lubiła, pracy Pan się nie bał a mimo wszystko znajdował Pan czas na pozazawodowe pasje. Skąd się wzięło Małe Mazowsze w technicznym umyśle odlewnika?
- W Starachowicach powstał Zespołu Pieśni i Tańca przy Zakładowym Domu Kultury, zwany "Małym Mazowszem". Tam śpiewała moja siostra. W 1954 roku z kolegami poszliśmy na przesłuchanie. Zostałem przyjęty, śpiewałem. Braliśmy udział w Festiwalu młodzieży i studentów w Warszawie. Brałem udział w korowodzie tanecznym na otwarcie Stadionu Dziesięciolecia w Warszawie, którego już nie ma. W strojach ludowych wzięło udział ok. 700 par. Występowaliśmy też na dożynkach. Tam poznałem moją żonę Danusię. Z tamtego okresu pochodzi moja znajomość z Witoldem Idzim Zapałą, choreografem i podporą Mazowsza, który był prawą ręką Miry Zimińskiej-Sygietyńskiej. Moja przygoda z Mazowszem trwa ok. 10 lat.
- Pod doświadczeniach z Mazowszem, wstąpił pan do Zespołu Estradowego Wiarusy?
- Kolega śp. Zbyszek Walkowski zachęcił mnie do przyjścia na próby. Było nas 10 a może nawet 11 osób. Byłem już na emeryturze, miałem czas i chętnie śpiewałem.
- Gdyby mógł Pan cofnąć czas, zmieniłby coś w swoim życiu?
- Moja praca, choć bardziej wybrała mnie niż ja ją - odpowiadała mi. Technologia budowy maszyn i obróbka skrawaniem, którą skończyłem - takie było wtedy zapotrzebowanie. Praca na trzy zmiany, warunki trudne, nawet ciężkie, ale mnie to wychodziło. To zahartowało na przyszłość.
- Co chciałby Pan, ze swoich wspomnień "ocalić od zapomnienia" dla przyszłych pokoleń?
- Nauka to podstawa, znajomość języków obcych jest kluczowa. Bo nie wiadomo co się w życiu przyda i gdzie los rzuci człowieka do pracy.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Ten człowiek uciekł ze Starachowic do Kielc. Jaka jego zasługa dla miasta. Coś wspomiał o naszym dworcu, że niby otoczenie ładne... Po co ten reportaż ?
Może nie wypowiadaj się jak masz wypowiadać się głupio? Elokwencji widzę zabrakło w Twoim przypadku… dożyj takiego wieku, przejdź przez takie doświadczenia i dopiero łap się za pisanie komentarzy.
Ten człowiek uciekł ze Starachowic do Kielc. Jaka jego zasługa dla miasta. Coś wspomiał o naszym dworcu, że niby otoczenie ładne... Po co ten reportaż ?
Może nie wypowiadaj się jak masz wypowiadać się głupio? Elokwencji widzę zabrakło w Twoim przypadku… dożyj takiego wieku, przejdź przez takie doświadczenia i dopiero łap się za pisanie komentarzy.