Ma ponad 80 lat, głowę pełną wspomnień, ogromną chęć do rozmowy i... potworny żal w sercu. Przez dekady żył i pracował w Starachowicach. Na starość, skuszony obietnicami opieki, oddał dorobek życia i wyjechał z żoną w góry, gdzie miał na niego czekać zasłużony spokój. Zamiast raju zastał trudy psychicznej samotności, izolacji, przemocy. Po śmierci żony odczucia te wzmogły się. Pobyt u dzieci stał się nie do wytrzymania.
Do redakcji trafił rozdzierający serce list starszego pana. Publikujemy go w całości, zachowując oryginalny, pełen emocji styl autora, usuwając jedynie szczegóły mogące naruszyć prywatność mężczyzny:
"Drodzy seniorzy, nie dajcie się nabrać na czułe słówka swoich dzieci i obiecywanie, że zajmą się Wami na starość. W moim przypadku wygląda to tak: Przyjechaliśmy z żoną w góry z myślą, że będziemy tu mieli raj, tymczasem zastaliśmy piekło. Syn nie umiał normalnie z nami rozmawiać, krzycząc na nas z byle powodu, a żona nie raz sobie popłakała. Teraz, kiedy żona mi umarła, nic się nie zmienia. Syn nie panuje nad swoimi emocjami i próba nawiązania z nimi jakiejś rozmowy nie przynosi rezultatu.
Jedyne słowa, jakie ja słyszę codziennie, to rano: "cześć" i w południe: "obiad". Jeśli ktoś do nich przyjedzie, nie wolno mi się chwalić swoimi osiągnięciami ani pochwalać swoich znajomych, bo on tego sobie nie życzy. Czyli obowiązuje mnie całkowity zakaz rozmów z obcymi. Do sanatorium nie wolno mi jechać, bo to czyste szaleństwo, a nawiązanie kontaktu z biurem matrymonialnym skończyło się jedną wielką awanturą i groźbą ubezwłasnowolnienia.
Płacę im za jedzenie, ale to wszystko mało, bo twierdzą, że nie dbam o rodzinę, bo powinienem więcej dawać wnukom. Kiedy żyła żona, owszem, kupowała sobie uczucie za pieniądze, ale mnie nie jest w tej chwili na to stać, żeby taki handel prowadzić. Tu, na tym pustkowiu, brak mi kontaktu z ludźmi i rozmów na różne tematy.
Teraz, kiedy oni chcieli gdzieś wyjechać, zmusili mnie do wyjazdu do Starachowic, nie pytając, czy mam się gdzie zatrzymać i ile mnie to będzie kosztować. Usłyszałem też, że lepiej żebym nie wracał wcale.
Proszę więc o pomoc, może się znajdą ludzie dobrej woli i pomogą mi w powrocie do normalnego życia i spędzeniu starości w Starachowicach. Ja już w góry nie mam po co wracać. Od 9-go sierpnia jestem w Starachowicach, mieszkam w hostelu. Kontakt ze mną pod nr. tel... Jestem do dyspozycji".
Ten list to nie tylko krzyk rozpaczy samotnego człowieka, ale też bolesny obraz tzw. "przemocy w białych rękawiczkach", gdzie starsza osoba staje się ciężarem, gdy kończą się jej zasoby finansowe. Nasz bohater to człowiek inteligentny, niezwykle rozmowny, w pełni samodzielny i bystry. Mimo sędziwego wieku nie stracił pogody ducha i godności, choć wykorzenienie ze znanego mu środowiska znosi bardzo ciężko. W Saracowicach ma grupę znajomych, z którą lubi spędzać czas.
Dużym problemem formalnym, który w tej chwili blokuje powrót pana do normalności, jest brak zameldowania na terenie Starachowic. Choć spędził tu większość życia, urzędowe procedury są bezwzględne. Bez meldunku starszy pan ma związane ręce - nie może złożyć wniosku o miejsce w Domu Pomocy Społecznej (DPS) ani ubiegać się o lokal socjalny z zasobów gminy.
W związku z tym apelujemy do Państwa - mieszkańców Starachowic - o wsparcie. Poszukujemy rozwiązań w kilku obszarach:
Czasowy meldunek: Czy znajdzie się osoba, właściciel mieszkania lub domu, która z czystej empatii zgodziłaby się na czasowe zameldowanie tego pana u siebie? To formalność, która otworzy mu drzwi do systemowej pomocy i ubiegania się o publiczne wsparcie mieszkaniowe.
Wspólne mieszkanie (współlokator): Może ktoś z Państwa dysponuje wolnym pokojem i szuka starszego, spokojnego, a zarazem niezwykle ciekawego świata i elokwentnego współlokatora? Starszy pan dokłada się do kosztów utrzymania, potrzebuje po prostu bezpiecznego kąta i obecności drugiego człowieka.
Inne pomysły: Być może lokalni przedsiębiorcy, fundacje lub osoby prywatne mają pomysł, jak pomóc temu człowiekowi przetrwać kryzys i godnie dożyć swoich dni wśród ludzi, w mieście, które tak bardzo kocha.
Nie pozwólmy, aby człowiek, który budował to miasto, spędził resztę swoich dni w poczuciu odrzucenia i tymczasowości w hostelowym pokoju. Jeśli mają Państwo jakiekolwiek pomysły lub chcą osobiście zaoferować pomoc, prosimy o kontakt z redakcją. Tel. 41 274 83 34. My skontaktujemy zainteresowanych z bohaterem artykułu.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze