Kamil Urbański (urodził się w 1981 r. w Starachowicach) – kompozytor, pianista, aranżer; doktor sztuki w dziedzinie sztuk muzycznych w dyscyplinie artystycznej instrumentalistyka. Jest laureatem m.in. Głównej Nagrody na Warszawskim Festiwalu Pianistów Jazzowych (2004), a także Grand Prix Bielskiej Zadymki Jazzowej (2012). Uhonorowany został prestiżowym wyróżnieniem w postaci Nagrody Polskiego Przemysłu Fonograficznego Fryderyk 2013 za album Interplay Jazz Duo. Jest absolwentem Akademii Muzycznej im. Karola Szymanowskiego w Katowicach w zakresie specjalności: Fortepian jazzowy oraz Kompozycja i aranżacja. W swoim dorobku ma wiele albumów, nagrań i koncertów, zarówno jazzowych, jak i z obszaru szeroko rozumianej muzyki współczesnej. Współpracował z takimi artystami, jak: Grażyna Auguścik, Wanda Warska, Andrzej Kurylewicz, Stanisław Soyka, czy Gaba Kulka. Koncertuje w Polsce i za granicą. Z Kamilem Urbańskim rozmawia Jarosław Babicki
Jarosław Babicki: W Twojej oficjalnej biografii stoją wielkie, znaczące słowa: katowicka Akademia Muzyczna, stopień doktora sztuki, prestiżowe ogólnopolskie sceny. Ale my w Starachowicach doskonale pamiętamy Cię jeszcze jako młodzieńca grającego w Juniors Bandzie. Czy to właśnie tutaj, w rodzinnym mieście, odebrałeś pierwszą, prawdziwą szkołę jazzowej dyscypliny i – jak sam kiedyś ująłeś to w jednym z wywiadów – „pewnego dnia zostałeś pianistą”?
Kamil Urbański: Dokładnie tak. W Juniors Bandzie pod okiem Mirosława Gęborka po raz pierwszy zetknąłem się z jazzem i poznałem jego "tajniki": feeling, harmonia, improwizacja. Mieliśmy ogromne szczęście i doskonałe warunki do rozwoju: instrumenty, miejsce do prób, orkiestrę, która pozwalała regularnie oswajać się ze sceną.
Ale jednocześnie chodziłem do starachowickiej szkoły muzycznej, w której uczyłem się podstaw od strony klasycznej. Ta formalna edukacja dała mi niezbędną bazę i pełen obraz muzyki. Choć nikt mnie tam nie uczył jazzu, to – jak to ładnie powiedziałeś, albo ja powiedziałem, haha! – pewnego dnia zostałem pianistą właśnie dzięki połączeniu tych dwóch światów: klasycznego fundamentu i jazzowej praktyki.
- Przenieśmy się do 2013 roku. Wraz z Jędrzejem Łaciakiem jako Interplay Jazz Duo sięgnęliście po najważniejszą nagrodę muzyczną w tym kraju – Fryderyka za Jazzowy Debiut Roku. Gdy pierwsze, wielkie emocje już opadły, a statuetka na półce zdążyła nieco przykurzyć się, jak patrzysz na to z perspektywy czasu? Czy ta nagroda realnie zmienia coś w życiu artysty wysokiej kultury, otwiera zatrzaśnięte wcześniej drzwi do wielkich sal koncertowych, czy to po prostu miły, prestiżowy gadżet?
- Jeszcze kilka lat temu nie odważyłbym się pójść tak daleko w ocenie nagród, czy konkretnie Fryderyka. Dziś już wiem, że trzeba rozdzielić dwie rzeczy: sam fakt dostrzeżenia i docenienia wysiłku (np. twórczego, jak w moim przypadku) od realnej wartości nagrody. O ile wielkie konkursy klasyczne bywają paszportem do światowej kariery, o tyle w jazzie rzeczywistość wygląda inaczej. Pamiętam, jak wracając z Jędrzejem z gali Fryderyków, w euforii uznaliśmy statuetkę za cenniejszą niż szóstka w totka. Życie szybko to zweryfikowało.
Z perspektywy czasu widzę, że hasła typu "prestiżowe sceny" czy "nagrody" bywają puste, jeśli nie idzie za nimi instytucjonalny mecenat państwa – a tego dla kultury wysokiej w Polsce brakuje. Nie narzekam, ale mówię debiutantom wprost: warto realnie oceniać rynek przed podjęciem wysiłku. Ja o tym, że Fryderyk to jednak nie była szóstka w totka, dowiedziałem się niestety po fakcie, haha!
- Gra w jazzowym duecie, gdy na scenie słychać wyłącznie Twój fortepian i akustyczną gitarę basową Jędrzeja, to dla muzyka potężne wyzwanie egzystencjalne. Tam nie ma się za kim schować, nie ma ściany dźwięków, słychać każde najmniejsze potknięcie. Skąd u młodego faceta wzięła się wtedy odwaga na tak intymny, wręcz surowy minimalizm, zamiast bezpiecznego grania w dużym, tradycyjnym zespole?
- Dziękuję Jarku! Jesteś pierwszą osobą, która dostrzegła w tym wyborze odwagę. Pytanie: "Dlaczego tylko we dwóch?" padało milion razy, ale zawsze z podtekstem, że "tylko", że czemu bez perkusji, że czemu nie kwartet. A nam zależało właśnie na czystości, precyzji, dbałości o detale i brzmienie, nawiązania do muzyki klasycznej. Tu nie ma miejsca na bezpieczne chowanie się w gąszczu instrumentów. Nas interesuje szlachetna jakość sali koncertowej, a nie zgiełk zadymionego klubu jazzowego.
Nasza koncepcja to maksymalna interakcja, polifonia i harmonia rozpisana na dwa instrumenty. To potężne wyzwanie. Co ciekawe, przyczyna naszego sukcesu bywa dziś źródłem problemów. Chcąc utrzymać ten poziom, stajemy się coraz bardziej wymagający, a w kraju Chopina wcale nie jest łatwo o dobry, nastrojony fortepian w profesjonalnej sali :-)))
- Masz na swoim artystycznym koncie współpracę z absolutnymi, pomnikowymi legendami polskiej estrady, jak chociażby Wanda Warska czy Stanisław Soyka. Czy obecność takich osobowości stojące tuż przy Twoim fortepianie w jakiś sposób deprymuje? Czy po tylu latach wspólna gra z gwiazdami to już dla Ciebie przysłowiowa bułka z masłem, czy może na scenie wciąż uczycie się czegoś od siebie nawzajem?
- Natura takiej współpracy zależy od charakteru artysty, nie ma tu schematów. Przywołani twórcy występują już na transcendentnej wobec naszego świata scenie, więc łatwiej mi o dystans. Wanda Warska była wobec mnie niesamowicie wymagająca i nie zostawiała przestrzeni na własne interpretacje. Czułem się ograniczany, ale to była lekcja operowania czasem i wrażliwości na detal. Stanisław Soyka z kolei dawał mi pełną swobodę i ogromnie cenił moje pomysły aranżacyjne. Oboje byli wspaniałymi, ciepłymi ludźmi.
Gdy stajesz obok takich legend, trema jest ogromna. To nigdy nie będzie "bułka z masłem", dopóki czujesz klasę partnera i adenocarcinoma odpowiedzialność przed publicznością. Na scenie uczysz się jednak najwięcej, bez względu na to, czy pracujesz z kimś rygorystycznym, czy spontanicznym. Andrzej Kurylewicz powtarzał mi, że tremę ma się do końca życia – choć akurat po nim nigdy nie było tego widać.
- Na początku tego roku starachowicki Park Kultury zorganizował niezwykle poruszające wydarzenie – koncert zatytułowany „Światło i siła. Pamięci Stanisława Soyki”. Zasiadłeś wtedy za instrumentami klawiszowymi u boku Marcin i Rafała Gęborków czy Łukasza Lacha. Jakie to uczucie: po latach koncertowania w wielkich miastach, wrócić fizycznie do rodzinnego gniazda, usiąść z dawnymi kumplami na scenie i zagrać dla „swojej”, starachowickiej publiczności?
- Wyznaję zasadę, że każda publiczność jest wyjątkowa, tak samo ważna i to nigdy nie jest "ta sama" publiczność. Jednak powrót do miejsca, z którego się wywodzę, zawsze przeżywam mocniej – to czysty sentyment. Z dawnymi kumplami mam stały kontakt, więc to nie było "spotkanie po latach". Ten koncert rozpatruję raczej w kategorii wdzięczności za to, że moje miasto o mnie pamięta, sala zawsze jest pełna, a publiczność niezwykle życzliwa.
Jeśli to zasługa lokalnej więzi, tego, że jako Starachowiczanie identyfikujemy się ze sobą poprzez wspólne przeżywanie kultury, to jestem szczerze wzruszony. Nie ma innego miejsca, w którym jestem na scenie przyjęty z taką serdecznością i kredytem zaufania już na wejściu. Pamiętam zresztą od najmłodszych lat, że starachowicka publiczność ma po prostu niezwykle pozytywne nastawienie do artystów.
- Nasze „Papierowe Podcasty” publikowane w TYGODNIKU STARACHOWICKIM rządzą się swoimi stałymi prawami – na marginesie strony zawsze drukujemy czytelnikom kody QR, aby mogli włączyć muzykę, o której w danym momencie czytają. Tu też chcemy odełać Czytelników do Twoich hitów. Gdybyś miał wybrać trzy absolutnie najważniejsze dla Ciebie utwory, co by to było? Poproszę o zamknięcie tej listy w trzech punktach: jeden Twój autorski, jeden z czasów starachowickiej młodości i jeden będący życiowym hitem wszech czasów.
- Gdybym miał wybrać tylko trzy utwory, miałbym potężny problem! Moja lista zmienia się co kilka lat, a ograniczenie do trzech sprawia, że zadziałałaby zasada Churchilla: sto utworów wskażę od ręki, ale trzy... no właśnie. Poza tym raczej nie umieściłbym w trójce własnej kompozycji. Na szczęście zawęziłeś kryteria, więc z przyjemnością podążam tym tropem:
„Grandpa” (Kamil Urbański) z płyty Interplay Jazz Duo. Link do utworu w serwisie YouTube: https://youtube.com
Duke Ellington – „Sophisticated Lady” w wykonaniu Duke Ellington Orchestra. Link do utworu w serwisie YouTube: https://youtu.be
Fryderyk Chopin – Polonez As-dur op. 53 w wykonaniu Rafała Blechacza. Link do utworu w serwisie YouTube: https://youtu.be
- Jesteś nie tylko pianistą, ale też uznanym kompozytorem i aranżerem. Co najczęściej wywołuje u Ciebie ten pierwszy impuls, żeby usiąść do instrumentu i zapisać pierwsze nuty nowej kompozycji? Czy jazz rodzi się z konkretnych, codziennych i głębokich emocji, czy to raczej matematyczna, czysta praca nad strukturą dźwięków? A może po prostu – cytując znanego klasyka – „ta piosenka jest pisana dla pieniędzy”?
- Muszę na wstępie wyjaśnić, że prawdziwy jazz – a takim się zajmuję – słabo się sprzedaje, przynajmniej w Polsce. To nie jest komercyjna działalność nastawiona na zysk. Wielu artystów i bezradnych krytyków szufladkuje jako jazz muzykę, która choć wartościowa i bogata w harmonie i improwizacje, wcale nim nie jest. Ale to temat na osobną rozmowę.
Co do samego procesu: rzadko siadam do instrumentu, kiedy komponuję. Robię to wyłącznie, by sprawdzić harmonię lub układ równoległych linii melodycznych. Piszę zarówno spontanicznie, pod wpływem emocji, jak i podczas systematycznej pracy. Często podczas umysłowego relaksu przychodzi mi do głowy motyw, melodia, rytm, struktura, klimat, itd. Jeśli pomysł ma potencjał, a przede wszystkim mam czas i ochotę, to zaczynam nad nim w głowie pracować, aż przybierze konkretną formę. To trwa czasem kilka, często kilkanaście dni, a czasem dłużej. Następnie pozostaje już tylko zapisać gotowy utwór.
Nieco inaczej pracuje mi się pod presją deadline`u: przy zamówieniach, przygotowywaniu płyty, czy koncertu. Wtedy intensywnie szukam nowej idei albo wracam do porzuconego dawniej pomysłu. Ramy czasowe wymuszają wówczas bezwzględną konsekwencję, ale nie nazwałbym tego walką z czasem. Jeszcze nigdy z nim nie przegrałem, haha!
- W Starachowicach nie brakuje dzieciaków, które dzisiaj – tak jak Ty przed laty – pilnie ćwiczą grę na instrumentach i marzą o wielkich scenach. Gdybyś miał dać im jedną, prostą i całkowicie pozbawioną mentorskiego, dorosłego tonu radę na start: co z Twojej perspektywy jest najważniejsze, żeby nie stracić pasji i przetrwać te tysiące godzin żmudnych ćwiczeń?
- Unikam dawania rad, ale tu zasada naprawdę jest prosta i nie ma co wyważać otwartych drzwi. Mówiąc krótko: Staraj się zawsze odnajdywać przyjemność w tym, co robisz. Możesz wszystko – nic nie musisz.
To zresztą działa w każdej dziedzinie – od muzyki, przez sport, po naukę. A jeśli zdarzy się chwila zwątpienia czy zmęczenie – to normalne. Nie przejmuj się. Po prostu zrób przerwę: odpocznij albo zresetuj – wyczyść głowę. Nigdy na siłę. Najpiękniejszy, najbardziej twórczy i wartościowy moment nadchodzi właśnie wtedy, kiedy pojawia się chęć powrotu do instrumentu i do działania.
Życzę wielu sukcesów i pozdrawiam serdecznie wszystkich Czytelników!
- Ostatnio głośno jest o Twoim nowym projekcie solowym. Opowiesz nam o nim coś więcej? I zdradź na koniec, czym zajmuje się Kamil Urbański, kiedy całkowicie odcina się od świata muzyki?
- Mój najnowszy, solowy projekt to „Simultanism” na fortepian jazzowy, oparty na idei jednoczesnego prowadzenia kilku niezależnych głosów. Technika ta czerpie z barokowej polifonii, szczególnie z twórczości J.S. Bacha, i zostaje przeniesiona w obszar improwizacji jazzowej. W efekcie powstaje zróżnicowana, oryginalna faktura, raz oszczędna, raz gęsta i wielowarstwowa, w której zaplanowane linie splatają się z improwizowanymi.
O życiu prywatnym konsekwentnie milczę publicznie :-). Jeśli jednak istnieje konieczność powiedzenia czegoś osobistego, to poszukuję kontrastowych wrażeń i emocji: od wyciszenia z literaturą czy w saunie, przez reset podczas morsowania, po jazdę na rolkach i parasailing.
- Życzę skutecznych poszukiwań i absolutnego szczęścia
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze