Kazimierz Wysocki od dziecka obserwował zmieniające się miasto, a zawodową drogę związał z Fabryką Samochodów Ciężarowych. Jako inżynier uczestniczył w rozwoju zakładu i realizacji najważniejszych inwestycji w jego historii. W rozmowie wspomina wojenne dzieciństwo, lata intensywnego rozwoju FSC oraz trudne przemiany, które doprowadziły do likwidacji fabrycznego dorobku.
- Urodził się Pan w 1936 roku w Starachowicach. Jak zapamiętał Pan swoje dzieciństwo przy ul. Moniuszki i ostatnie lata wojny?
- To były bardzo ciężkie czasy dla ludzi. Początków wojny nie pamiętam, ale końcówkę już tak. Pamiętam stacjonujących Niemców, którzy w naszym domu mieszkali, praktycznie z nami użytkowali pomieszczenia, gdzie pozostawiali broń.
Była żandarmeria wojskowa z emblematami na piersiach, oni stacjonowali na skrzyżowaniu dzisiejszej ulicy Kieleckiej i Moniuszki. Działko przeciwlotnicze znajdowało się po drugiej stronie ul. Moniuszki a nasz dom był pierwszy od skrzyżowania. W następnym domu, który należał do siostry mojej mamy było drugie działko a trzecie na wzgórzu naprzeciwko domu mojego dziadka.
- Drastyczne momenty z tego okresu Pan pamięta?
- Przelewu krwi nie pamiętam. Były momenty trudne, gdzie pod koniec wojny reflektory śledziły loty samolotów. Nie pamiętam, żeby te działka były użyte. W tym czasie życie stracił jeden wujek - miałem 4-5 lat. Moja mam wróciła od nich z zawiadomieniem, że wujek został zastrzelony. Trudno nawet stwierdzić z czyich rąk zginął. Znał język niemiecki, miał niemiecko brzmiące nazwisko. Był bardzo pomocny, zwłaszcza na początku wojny.
Pamiętam doskonale koniec wojny, kiedy wysadzono upust. W domu od strony upustu okna wyleciały, zostały tylko te z widokiem na ul. Moniuszki. Niemcy uciekali przez pola. Pamiętam dwóch Niemców, którzy wolnym krokiem szli - mieli na ramieniu przeciwpancerne pociski. Szli w stronę Wąchocka. Rychło zjawili się Rosjanie...
- Jak wyglądał przedwojenny Wierzbnik? Co najbardziej różniło miasto od tego, które znamy dzisiaj?
- Ponieważ ojciec pracował w zakładach starachowickich, a potem zaczął działalność gospodarczą – miał sklep żelazny i warsztat ślusarski przy ul. Spółdzielczej, bywałem tam często. W pamięci pozostali Żydzi, którzy byli prowadzeni do pracy. Rynek z dwoma wodociągami, karczma – serce miasta, gdzie tętniło życie. Na rynku odbywał się handel, były wozy konne. Ale też odbywały się tam egzekucje w czasie wojny.
- Po wyzwoleniu była możliwość kształcenia. Gdzie podjął Pan edukację?
- To była powszechna szkoła podstawowa, pierwszy budynek był przy upuście. Drugi przy starym stadionie po lewej stronie a trzeci za byłym stadionem. Nauczycielka poinformowała o końcu wojny, z czego należało się cieszyć. Lekcje mieliśmy w salach, często po dwie klasy razem, było kilku nauczycieli. Po wojnie rozpoczęto nawet naukę języka francuskiego, co z czasem zmieniono na język rosyjski.
- Ukończył Pan Technikum przy ul. 1 Maja, a później został inżynierem. Co zdecydowało o wyborze właśnie tej drogi zawodowej?
- To tradycja rodzinna. Mój dziadek miał kuźnię. Ojciec warsztat ślusarski przy Piłsudskiego. Pozostało kowadło po nim na pamiątkę. Miałem dwóch braci w tym czasie, z 1930 i 1932 roku – też poszli w kierunku metalowym. Starszy brat mieszkał w Warszawie, gdzie skończył studia i pracował w Łodzi w biurze projektowym. Ten starszy cztery lata ode mnie, również inżynier, pozostał w Starachowicach, pracował w fabryce i pełnił funkcje kierownicze, m.in. działu produkcji kół zębatych i działu nowych uruchomień.
- Zatem z czasem FSC miała kierowników Wysockich dwóch, bo pan kierował Działem Inwestycji...
- Moja praca w Fabryce rozpoczęła się po skończeniu technikum. Były tzw. nakazy pracy. Zostałem skierowany najpierw do Zakładu Naprawy Samochodów do Oświęcimia, razem z dwoma kolegami. Jako że byliśmy, ze Starachowic szanowano nas tam, ale nie wytrzymaliśmy tam długo. Ludzie z nakazów pracy wracali i ja też w 1955 roku wróciłem do Starachowic. Rozpocząłem pracę w dziale głównego mechanika, w dziale technologicznym Zakładu Metalurgicznego. Zajmował się on utrzymaniem ruchu całego zakładu i Wielkim Piecem oraz cegielnią, gdzie produkowano cegły, z których powstało wiele budynków.
W 1964 roku po ukończeniu studiów, szef inwestycji Jan Machel zaproponował mi pracę w nowo utworzonym zespole zajmującym się zagadnieniami rozwoju zakładu. Tam spotkałem się z doświadczonymi ludźmi, jak m.in. inż. Krzysztof Jędrzejczyk, który po skończeniu drugiego fakultetu na Uniwersytecie Warszawskim i obronie pracy doktorskiej uzyskał jako pierwszy w FSC tytuł Doktora Nauk Technicznych oraz Bogdan Hanusz, chemik i inż. Szymon Boski, który przywoził nowinki z Zachodu.
- Potem przyszły awanse...
- Początkowo zostałem kierownikiem działu dokumentacji a następnie w latach 70. kierownikiem zespołu działów projektowania i przygotowania technicznego inwestycji, w którym to zespole znajdowało się biuro projektów FSC tzw. "STARPROJEKT".
W późniejszym okresie skończyłem 2-letnie studium podyplomowe na Politechnice Warszawskiej - projektowanie zakładów przemysłu maszynowego.
Do roku 1964 inwestycje były komórką organizacyjną podległą dyrektorowi technicznemu FSC. Była to komórka organizacyjna w pełni samodzielna, zdolna prowadzić inwestycje zgodnie z obowiązującymi przepisami. Zatrudniała blisko 100 osób różnych specjalności, posiadających odpowiednie uprawnienia wymagane przepisami. zatrudnieni pracownicy to w większości osoby z doświadczeniem zawodowym z okresu międzywojennego.
Rosnące zadania w zakresie inwestycji, wynikające z podjętej uchwały rady ministrów, spowodowały podniesienie rangi inwestycji, podporządkowując ją dyrektorowi naczelnemu przedsiębiorstwa.
W 1965 r., po przejściu na emeryturę Jana Machla, funkcję dyrektora inwestycji powierzono inż. Krzysztofowi Sikorze, który tę funkcję pełnił do połowy lat 80.
Lata 60., 70. do połowy lat 80 to okres intensywnej rozbudowy FSC. Podstawę kierunkową rozbudowy określał projekt wstępny – opracowany przez warszawskie biuro projektów "PROZAMET i podjęta przez radę ministrów uchwała, która w niewielkim stopniu ułatwiła realizację inwestycji. W zakresie opracowania dokumentacji, rolą inwestora było uszczegółowienie założeń oraz ewentualne korekty wstępnie określonych zadań.
Opracowania projektowe były zlecane do różnych biur projektów.
Wiodącym dla FSC biurem projektów był "Motoprojekt" Warszawa. Biuro to w latach 70-tych powołało w FSC, na bazie starachowickiej kadry technicznej, pracownię projektów FSC. W tym okresie powstało wiele obiektów kubaturowych na terenie fabryki, dokonano znacznej wymiany parku maszynowego oraz zmian w technologii produkcji. zbudowano dwa zakłady - jeden w Iłży, drugi w Lipsku.
Na terenie fabryki zbudowano między innymi nowy obiekt maszyny cyfrowej i zainstalowano maszynę IBM. zbudowano budynek prototypowni i działu badań, budynek głównego konstruktora, nowy dział szoferkowni.
Zbudowano i wyposażono nowy budynek montażu ostatecznego samochodów, zawierający dwa pasy montażowe oraz transport podwieszany firmy fata. na pasy montażowe samochodów podzespoły były dostarczane górnym transportem: od strony wschodniej ramy i mosty, od północnej kabiny kierowcy, od południowej silniki i skrzynie biegów, a od zachodniej koła jezdne.
Podzespoły te trafiały początkowo na magazyn podwieszony na hali, a następnie na określone miejsce montażu na pasie.
Taki układ montażu samochodów był drugim w Polsce po FSO Warszawa i często wizytowany przez zainteresowanych.
- Jak wyglądało przygotowywanie tak dużych przedsięwzięć w czasach, gdy nie było komputerów, internetu ani współczesnych technologii?
- Przygotowanie inwestycji w tym czasie było pracochłonne i wymagało zachowania obowiązujących przepisów.
Prace zaczynano od określenia przedmiotu inwestycji i odpowiednich założeń projektowych - łącznie z określeniem efektu z realizacji. np. projektowano zdolność produkcyjną (PZP), którą po realizacji sprawdzano i dokumentowano.
Następnie należało zlecić opracowanie dokumentacji projektowej. niekiedy były trudności z dokumentacją specjalistyczną (np. energetyka). Dla biur projektów przygotowywano zwykle podkłady geodezyjne, inwentaryzacje stanu istniejącego, badania gruntu itp.
Dokumentacja po jej opracowaniu w latach 60. była oceniana przez zespół oceny projektów inwestycyjnych, z udziałem osób i komórek zainteresowanych - łącznie z przyszłym użytkownikiem. takie działania sankcjonowało obowiązujące prawo budowlane, zmienione w latach 70.
Posiadając dokumentację, należało uzyskać pozwolenie na budowę, jak również gwarancję przydziału materiałów budowlanych w ramach centralnego planowania.
Większość tych działań wymagała korespondencji, a jedynymi pomocnymi urządzeniami była maszyna do pisania, liczydło (lata 50.) czy kalkulator (od lat 60.).
- Miał Pan poczucie, że bierze udział w czymś wielkim?
- Czuło się, że jest to coś ważnego, było poczucie misji. Wiele osób to czuło. Fabryka, kadry techniczne skupiała ludzi różnych specjalności, w szczytowym okresie zatrudnienie miało tu 20 tys. osób.
- A jaka atmosfera panowała wśród ludzi?
- Nie było zatargów, było dużo ludzi przyjezdnych. Ok. 6.00 zjeżdżały samochody z okolic, początkowo ciężarowymi samochodami, potem autobusami. Większość pracowników fizycznych to byli chłoporobotnicy z okolicznych wsi, zadowoleni, że mają pracę, bo na wsi żyło się skromnie a fabryka dawała utrzymanie.
- Fabryka była sercem miasta i wyznaczała jego rytm. Jak w ślad za tym zmieniło się miasto?
- Lata 70. to budowa osiedla Wzgórze. Wcześniej powstał Dom Młodego Robotnika obecny urząd miasta. Fabryka włączała się w budowę stadionu. Potem powstawały osiedla mieszkaniowa, rejon dr Anki (obecnie ul. Konstytucji 3 Maja). Powstały ośrodki wczasowe Łeba, Muszyna, gdzie wyjeżdżały całe rodziny. Jeździliśmy i korzystaliśmy z tego chętnie. W Łebie w latach 80. utworzono spółkę wodną, na potrzeby budowy wodociągu i kanalizacji - byłem przedstawicielem FSC w tej spółce.
Z czasem rodziła się Starachowicka Spółdzielnia Mieszkaniowa (ok. 6 tys. mieszkań powstało), Spółdzielnia Wanacja, nastąpiła budowa kolejnych bloków, osiedli...
- Ale było tzw. centralne zarządzanie, które – w efekcie doprowadziło do kresu Fabryki, czy to się musiało tak skończyć?
- Trudne pytanie. Można powiedzieć wprost, że samochód STAR nie był samochodem doskonałym. Żeby stworzyć pojazd z prawdziwego zdarzenia konkurencyjny do tych z Zachodu, trzeba było zainwestować olbrzymie pieniądze w technologię. Doskonała była kabina kierowcy stworzona przez Lucjana Saramaka i inż. Piotra Błasińskiego, ale nie była odpowiednio zabezpieczona przed korozją. Dziś kataforeza daje odpowiednie zabezpieczenie dla autobusów. Fabryka nie mogła sobie na to pozwolić. Pozostał żal do tego rządu, że nie pomógł i nie zawalczył o FSC. Pozwolono na napływ pojazdów z Zachodu. Polska stała się "śmietnikiem" Europy. Ale potencjał był, kadra techniczna – w ciągu pół wieku tu rodziła się cała myśl techniczna. Potencjał ludzki został roztrwoniony.
- Po zakończeniu pracy w FSC, przez cztery lata pracował Pan dla MAN Bus. Jak odnalazł się Pan w realiach niemieckiego koncernu?
- W 1992 roku w wieku 56 lata - jak większość moich kolegów - przeszedłem na wcześniejszą emeryturę. W 1995 roku na część etatu pracowałem przy organizacji i budowie Hali D4 na zakładzie metalurgicznym Zakładu Produkcji Wełny Mineralnej.
Po zakupie prze Sobiesława Zasadę Fabryki, zaproponowano mi powrót do zakładu na stanowisko kierownika działu inwestycji, gdzie realizowałem do 2000 roku zadania określone przez właściciela.
Potem MAN kupił 24 ze 123 hektarów całej fabryki. To rozdzielenie między Zasadą a MAN było trudne, bo były wspólne instalacje. MAN zatrudnił ponad 900 osób, w tym byłem ja. Firma miała swoich przedstawicieli. Do inwestycji trafił człowiek, który pochodził ze Śląska. Dobrze mi się z nim współpracowało, ale inna był specyfika pracy. MAN nie przedstawił docelowo pomysłu rozwoju, dlatego realizowane były doraźne prace, zlecenia. Musiałem likwidować obiekty, w procesie tworzenia których brałem udział. Poszła do likwidacji m.in. prototypownia z procesem badań, maszyna cyfrowa.
- Jak się Pan z tym czuł?
- Serce niestety krwawiło. Ale potem była budowa zakładu na nowo na potrzeby autobusów, włącznie ze wspomnianą już kataforezą, która chroni przed korozją.
- Od wielu lat jest Pan związany ze Stowarzyszeniem Inżynierów Mechaników Polskich (SIMP). Co dawała Panu działalność w środowisku inżynierskim i jak zmienił się przez lata zawód inżyniera?
- Jestem członkiem SIPM od 1955 roku. Wtedy członkami SIMP była star kadra techniczna, przedwojenna, byłem zadowolony, że znalazłem się w gronie takich zasłużonych ludzi. Z roku na rok SIMP rósł w siłę, w szczytowym okresie miał ponad 600 członków. W trudnych czasach PRL to była jedyna organizacja, gdzie można było się spotkać a zakład chętnie korzystały z doświadczenia inżynierów. To pozwoliło na zwiedzanie innych zakładów w Polsce, ale i zagranicą. To integrowało ludzi, kształtowało życie towarzyskie. Ta grupa zawodowa nadal jest traktowana z szacunkiem, choć specyfika pracy się zmieniła. Ale człowieka nie da się do końca zastąpić pomimo rozwoju technologii. W początkach mojej pracy liczydło było podstawą, praca na desce a teraz systemy komputerowe, co ułatwia projektowanie, ale myśl inżyniera musi pozostać. Dlatego staramy się jako SIMP, by fabryka była odpowiednio upamiętniona.
- Jaką złotą myśl na dziś z doświadczenia zawodowego i osobistego pozostawiłby Pan młodemu pokoleniu?
- W życiu ważne jest żeby realizować to, co ma się zadane lub to, o czym się myśli czy zamarzy. Szanować doświadczenia poprzedników i korzystać z nich. Osobiście nie myślałem, że tak potoczy się moja ścieżka zawodowa, ale nie zmieniłbym niczego. Do wykonywania tego zawodu trzeba mieć predyspozycje. Wybierając technikum wiadomo było, że trzeba będzie iść z tym kierunku. Jeśli ktoś jest zdeterminowany, konsekwentnie dążył do celu. Miałem kolegę, który niekiedy do Technikum chodził na piechotę z Kałkowa-Godowa. I zaszedł bardzo daleko po drabinie zawodowej. Takich przykładów jest wiele, wielu z moich kolegów awansowało na stanowiska dyrektorów, bo fabryka była kuźnią kadr. Mamy dużo osób stąd, które sławią miasto a kadra techniczna była zawsze na wysokim poziomie. Z tej kadry wyrosło kilku profesorów Politechniki.
***
Kazimierz Wysocki ur. się w 1936 roku w Starachowicach, jako dziecko mieszkał przy ul. Moniuszki. Ukończył Technikum przy ul. 1 Maja, został inżynierem i całe zawodowe życie związał z Fabryką Samochodów Ciężarowych. W 1964 roku trafił do działu inwestycji, a w latach 1977-1999 kierował nim, uczestnicząc w najważniejszych przedsięwzięciach związanych z rozbudową fabryki. Przed przejściem na emeryturę 4 lata pracował w MAN Bus. Wieloletni działacz SIMP Stowarzyszenia Inżynierów i Techników i Mechaników Polskich.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze