Cezary Berak był świadkiem wielu ważnych momentów w historii Starachowic. W rozmowie wraca do biednego, powojennego dzieciństwa przy ul. Górnej, szkolnych wspomnień, marzeń o lataniu, pracy z kolejnymi pokoleniami uczniów oraz czasów, gdy rodziła się starachowicka "Solidarność". Wspomina ludzi, którzy odcisnęli piętno na jego życiu, przemiany ustrojowe i sprawy, które udało się zrealizować dla miasta.
- W tym roku kończy Pan 80 lat, więc z pewnością jest co wspominać. Gdyby mógł Pan wrócić myślami do czasów dzieciństwa i młodości w Starachowicach, jaki obraz tamtych lat zachował się w Pana pamięci?
- Dzieciństwo było bardzo ubogie. Mieszkałem przy ul. Górnej. Mieszkałem w domu prywatnym. Bloków wtedy jeszcze tam nie było. Powstały znacznie później. Urodziłem się w 1946 roku, zaraz po wojnie. Pamiętam, że na naszej niewielkiej ulicy było chyba 20-30 chłopców i zaledwie dwie czy trzy dziewczynki.
- Czyli nie było w czym wybierać?
- (śmiech) Tak... My tłumaczyliśmy to sobie tym, że po wojnie "tam na górze" postanowiono uzupełnić męską część społeczeństwa. Faktycznie tych chłopców było wyjątkowo dużo.
Tamte lata wspominam z sentymentem, choć było bardzo biednie. Pamiętam kontrole, czy nie świeci się w domu zbyt wiele żarówek, czy flaga nie została wywieszona w niewłaściwym czasie, czy ktoś nie słucha Radia Wolna Europa. Presja władz była ogromna, a donosicieli niestety nie brakowało.
Miałem dwóch starszych braci, większość czasu spędzaliśmy na grze w piłkę. O prawdziwej piłce mogliśmy tylko pomarzyć. Mama szyła nam piłki ze szmatek. Taką "szmaciankę" trzeba było co jakiś czas naprawiać albo robić od nowa.
- Jak wyglądała wtedy ulica Górna i sam Wierzbnik?
- Mieszkaliśmy bardzo blisko kościoła Św. Trójcy i nieistniejącej już Szkoły Podstawowej nr 4, do której uczęszczałem. Dziś w tym miejscu znajduje się galeria Kamienna. Niedaleko mieściło się dawne starostwo powiatowe, którego budynku już nie ma. Później działała tam szkoła zawodowa, potocznie nazywana "Handelbudą".
Z okresu dzieciństwa, pamiętam zimowy dzień, kiedy z okna domu widziałem funkcjonariuszy prowadzących pod bronią więźnia na przesłuchanie. Ten obraz mocno utkwił mi w pamięci.
Najbardziej jednak pamiętam brak wody. Na ulicy Górnej nie było wodociągu. Trzeba było chodzić do źródełka z nosidłami i wiadrami. Byłem najmłodszy z rodzeństwa, więc dostawałem najmniejsze wiaderka, a starsi bracia nosili większe.
- A szkołę wspomina Pan dobrze?
- Bardzo dobrze. Zawsze z sentymentem. Pamiętam nauczycieli, kierownictwo szkoły i oczywiście słynną "kozę".
- Czyli...
- Jeśli ktoś nie odrobił lekcji, zostawał po zajęciach. Szczególnie pilnowała tego pani kierownik Palińska, matematyczka. Mieszkała w budynku szkoły, więc szła do siebie, a my musieliśmy siedzieć i odrabiać zaległe zadania. Lepiej było nie skarżyć się rodzicom, bo można było mieć jeszcze większe kłopoty.
Pamiętam też piece kaflowe, ogromne, sięgające niemal trzech metrów wysokości. Chłopięce pomysły były różne. Zdarzało się, że sadzaliśmy koleżanki na tych piecach. Oczywiście nikomu nic się nie stało, ale dziś trudno sobie wyobrazić takie zabawy.
- Niesforny Czarek, ale - jak widać - wyszedł na ludzi. Po szkole średniej przyszła matura, a później studia w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Rzeszowie. Po drodze była jeszcze szkoła lotnicza...
- Bardzo chciałem zostać pilotem. Zaraz po maturze ukończyłem kurs szybowcowy w Masłowie. Zdobyłem pierwszą klasę szybowcową oraz odznaki za przewyższenia, długość i czas lotów. Byłem przekonany, że właśnie z lotnictwem zwiążę swoją przyszłość. Zdecydowałem się pójść do szkoły do Dęblina, ale z przyczyn, które trudno mi wspominać -odszedłem. Wtedy było tylko jedno wyjście - we wrześniu mogłem się tylko dostać tam, gdzie były wolne miejsca a na fizykę nigdy nie było wielu chętnych. Wybrałem fizykę.
- Jest Pan nauczycielem i wychowawcą wielu roczników. A jak Pan wspomina swoich kolegów nauczycieli?
- Bardzo mile. Ponieważ fizyków było bardzo mało, poproszono mnie o pracę w w liceum dla pracujących, a tam edukowali się ci, którzy z rożnych przyczyn nie mieli matury a musieli uzupełnić wykształcenie, to m.in. pracownicy Wojskowej Komendy Uzupełnień, kierownicy różnych szczebli. Przed oczami mam wciąż, jak żywo, kiedy wchodzę do klasy jako 20-parolatek a przede mną siedzą dojrzali ludzie, pielęgniarki-oddziałowe, kierownicy sklepów. Wtedy trzeba było pokazać klas, żeby nie urazić starszych uczniów a zaraz coś przekazać.
Szefem tej szkoły był Wincenty Chruszczewski, którego bardzo ciepło wspominam. Uczył rzemiosła w dobrym tego słowa znaczeniu. Przyjaźnił się z Władysławem Karkochą, który był dyrektorem I LO - on poprosił mnie o przejście do ogólniaka. Było mi to bardzo na rękę. Moja żona Barbara, z wykształcenia historyk została w LO dla Pracujących i w ten sposób mogliśmy wychowa trójkę dzieci.
Mam wspomnienia nauczycieli powojennych, których los rzucił w różne miejsca. Potem wracali tu. M.in. prof. Zofia Czaplińska, która uczyła j. niemieckiego i pracowała w bibliotece. Była bardzo wymagająca, jeśli chodzi o książki. Bardzo mnie to denerwowało. Dziś się tego wstydzę. Potem dopiero się dowiedziałem, że to jest osoba, która walczyła w Powstania Warszawskim, gdzie straciła większość rodziny, została tylko ona i córka. Z wykształcenia historyk, kiedy poznałem jej historię dowiedziałem się dlaczego nie może uczyć tego, co by chciała. Bo partia tego nie pozwalała.
Podobnie jak prof. Gmytrasiewicz, matematyk wspaniały przedwojenny, który traktował nas bardzo poważnie. W 11 klasie przed maturą dał przyzwolenie na wyjścia z sali bez pytania. Ponieważ popalaliśmy fajki, chętnie to wykorzystaliśmy. Ale on miał klasę i dlatego go nie nadużywaliśmy.
- Wspomnienia o uczniach też są pozytywne?
- Jeśli chodzi o uczniów, to nauczyciel zapamiętuje tych najlepszych i tych tzw. ciekawych. Miałem tzw. słynną klasę jak fb nazwana jako Paka Beraka. To są wspaniali ludzie, m.in. Jarek Babicki, Robert Adamczyk, Jarek Capała, Grzesiek Wrona, Jarek Kmieciak, Basia Gawlicka, Joanna Łukomska, Andrzej Rychel, Jarek Przydatek, z jednej strony bardzo zdolni, osiągnęli wszystko co zamarzyli a z drugiej ze sobą solidarni, spotykają się do dziś.
Jednym z takich szczególnie zapamiętanych był Dzidek Gołaszewski. Jego ojciec ps. Ful - ma symboliczny pomniczek na Zarżniętej Górze - był w szeregach Szarego. Na początku sierpnia 1944 rok była akcja, Szary nie chciał, by Gołaszewski na nią szedł, bo jego żona spodziewała się dziecka. Ale on się zdecydował i zginął. Syn ojca nie poznał a potem trafił do naszej szkoły. Dzidek był rozrabiaka, ale bardzo lubiany.
- Mocno związany ze środowiskiem oświatowym, zaangażował się Pan w oświatową Solidarność, której Pan przewodniczył zaraz po powstaniu. Jak tworzyły się zręby tej organizacji?
- Uczyłem we wszystkich szkołach za wyjątkiem II LO. Byłem "wypożyczany" do szkół podstawowych. Chodziło nam to już w latach 70. po głowie, ale zaczątki pojawiły się podczas pogrzebu Ponurego. W czasie pogrzebu policzyliśmy się i zobaczyliśmy, że idzie nas tysiące i że tu jest siła. To była chęć wyzwolenia. Pierwsze sygnały przyszły z FSC od Edwarda Imieli. Spotykaliśmy się po kryjomu w prywatnych domach. Zaczęliśmy "knuć". Było nas na tyle dużo, że założyliśmy związek, byłem pierwszym przewodniczącym. Piotr Tota został przewodniczącym komisji wojewódzkiej. Starachowice były bardzo silne w strukturach Solidarności.
- To są dobre wspomnienia, czy raczej smutne?
- Choć o zmarłych nie mówi się, większość dyrektorów szkół nie była przychylna. Nie były to represje fizyczne, czy psychiczne, ale dawali mocno do zrozumienia, że nie sprzyjali związkowcom.
Po latach dowiedziałem się dlaczego. Po objęciu stanowiska naczelnika oświaty, która miała bardzo szeroki zasięg, miałem wgląd w teczki osobowe. Nikt w latach 80. nie przewidywał, że jakiś opozycjonista o nazwisku Berak zostanie szefem od oświaty i będzie miał możliwość zobaczenia dokumentów osobowych. To były specjalne teczki... co tam było napisane, pozostawię dla siebie.
Solidarność nie była dobrze odbierana w lokalnym środowisku. Dostanie pokoiku, gdzie można było tworzyć związek z maszyną do pisania, która pozwoliłaby działać, to były schody, schody, schody...
- Czy ta działalność oświatowa i związkowa przełożyła się na Pana pracę w samorządzie? Skąd "parcie" na działalność polityczną?
- To było przedłużenie dotychczasowej działalności. Większość z nas po zmianach ustrojowych, kiedy powstał Komitet Obywatelski, do niego trafiła. Tu wielką rolę odegrał szef KO Grzegorz Walendzik. Obecnym samorządowcom bardzo zazdroszczę, że mają takie pieniądze i mogą takimi funduszami rozporządzać. Co informacja to wsparcie na drogi, szpital, szkoły - myśmy tego nie mieli. Tworzyliśmy powiat z niczego. Ale mimo to cieszę się z kilku rzeczy: przejęcie i powstanie Muzeum na Wielki Piecu. Serce się raduje z tego, co dziś się tam dzieje. Kolejna sprawa to przeniesienie szpitala do nowych obiektów. To trwało całe lata, początki sięgają lat 70. Nie można też pominąć licznych inwestycji drogowych. Plany były bardzo ambitne. Ale Stan Wojenny wszystko wyhamował. Powstanie powiatu dopiero pozwoliło myśleć dalej. To zasługa G. Walendzika. Wsparcie finansowe dało wiatr w żagle. W 2007 roku przyszła upragniona przeprowadzka.
Ostatnia rzecz, z której ogromnie się cieszę, to hala sportowa przy I LO. Jako emerytowany nauczyciel I LO jestem z tego osobiście dumny, choć wiadomo, że nie sam tego dokonałem, przy udziale moich kolegów Marka Pawłowskiego, Andrzeja Matyni, Janusza Wzorka, Jadwiga Maciejczak.
- Umysł ścisły, fizyka, ale działalność patriotyczna i historyczna gdzieś drzemie, przewodniczy Pan Powiatowej Radzie Pamięci...
- Zaczęło się od poznania żony, z zawodu historyk. Ale kiedy powstawały powiaty, pojawił się pomysł powstania organizacji kombatanckiej. Powstała Powiatowa Rada Kombatantów. Była to silna jednostka. W tej grupie byli ludzie z różnych środowisk się wywodzący. Dochodziło do niesamowitych sporów, ale mieliśmy szczęście przy wyborze szefa. Przez lata funkcje tą sprawował śp. Kazimierz Dziekoński - jego kultura i sposób działania były stawiane za wzór. Ale z żyjących kombatantów już nie ma, dlatego aż się prosiło o zmiany. Wtedy padł pomysł od Pawła Perchela na powstanie Powiatowej Rady Pamięci. To nie jest organizacja polityczna, ale doradczy głos dla pana starosty. Dzięki nam w powiecie starachowickim pod Chybicami, gdzie była ostatnia zwycięska bitwa polskiej husarii - tablicą pamiątkową upamiętnimy to wydarzenie. Została odsłonięta tablica w 50. rocznice wydarzeń radomskich i wsparliśmy finansowo wydanie książki Szczepana Mroza poświęcone wspomnieniom partyzantów Armii Krajowej. Takich akcentów jest sporo.
- Z czego jest Pan dumny, zostało powiedziane a nad czym Pan boleje, że nie udało się zrobić, bo zabrakło przysłowiowych "dutków"?
- Cieszę się, że II LO zmienia swe oblicze, ale od lat to prosiło się o zmiany. Pozostałe szkoły w miarę możliwości były wspomagane, ale dwójka zawsze miała mniej szczęścia.
Oprócz zawodowych powodów do dumy, mam jeszcze osobiste. Na poczatku XXI wieku byliśmy z małżonką w Muszynie, gdzie zabraliśmy czworo wnucząt. Jeszcze nie chodzili do szkoły. Był pochmurny deszczowy dzień, dzieci się nudziły. Pojechaliśmy na przejście graniczne ze Słowacją - tam rzeka, most i pozostałości po przekraczaniu granic. Najmłodszy Ignacy dostrzegł po drugiej stronie reklamę pepsi - i mówi - tam pepsi, u nas pepsi - gdzie tu granica? Wtedy do żony mówię, wiesz warte były te wszystkie poświęcenia w czasie przemian, bo dzięki temu nasze wnuki nie wiedzą, co to granica. Jedna Europa, jeden świat.
- To złota myśl i przesłanie od Cezarego Beraka?
- Puentując, boję się wojny, choć nie przeżyłem jej fizycznie, ale widziałem skutki tego wydarzenia. Wielu ludzi straciło życie i tego się boję. Tego nie lubię w polityce na wysokich szczeblach. I bardzo bym sobie życzył, by rządzący mieli to na uwadze, bo nic nie jest na dane raz na zawsze. O wolność trzeba dbać a z prawa wyborów politycznych chętnie korzystać.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze