Reklama

Z cyklu: Ocalić od zapomnienia. Rozmowa z Jarosławem Babickim. Czasy przełomu. Co jest najważniejsze w życiu?

Jarosław Babicki (ur. 1961) - redaktor, dziennikarz, felietonista, współtwórca "Tygodnika Starachowickiego". Wspomina początki lokalnej prasy, narodziny wolnych mediów po 1989 roku i drogę, która "z przypadku" stała się życiowym powołaniem. Opowiada o duchu tamtych czasów, o ludziach, którzy tworzyli miasto, i o tym, dlaczego lokalne dziennikarstwo wciąż ma sens.

- Podczas studiów socjologicznych, w czasach ogromnych przemian w Polsce, myślał Pan o dziennikarstwie? Jak do tego doszło? Kto lub co wywarło wpływ na wybór zawodowej ścieżki?

- Jeszcze w czasie studiów interesowałem się mediami, dziennikarstwem, ale nigdy nie przypuszczałem, że będę się nimi zajmował zawodowo. Studiując najpierw rok teologię na KUL, potem wiele lat socjologię na Uniwersytecie Warszawskim, nie miałem sprecyzowanego pomysłu na życie zawodowe. To były gorące lata 80-te, stan wojenny, trudny czas, a zbliżał 1989 rok, czas wielkich przemian. Bardzo naturalnie wszedłem w ten nurt  przed wyborami 4 czerwca. To było oczywiste, bo od sierpnia 1980 r. "Solidarność" była moją młodzieńczą fascynacją i wielką ideą, której w latach stanu wojennego czynnie broniłem.

Reklama

W Starachowicach znałem wiele osób, które włączyły się w działania Komitetu Obywatelskiego "Solidarność".  Tu w czerwcu 1989 r., podobnie jak w całej Polsce, udało się wygrać wybory przeciwko komunistom.    

Jesień 1989 roku, to były przygotowania do wyborów samorządowych. Mądry Stanisław Kosior, który był wówczas szefem w Delegatury Zarządu Regionu "Solidarności" zorganizował spotkanie, którego celem było założenie gazety - z założenia wyborczej. Na kolejnym spotkaniu, zdecydowaliśmy, że czasopismo będzie zatytułowane " NOWE - Pismo Starachowic. To "nowe" było kluczowe. NOWE miało być lepsze, doskonalsze, prawdziwe. W grupie założycielskiej byli: Piotr Krysiak, Aleksander Łącki, Stanisław Kosior, Edward Imiela, Tomasz Kordeusz, Igor Klar, Włodzimierz Skuza, Wiesław Wierzbicki i ja, nieco później jako redaktor naczelny. Gazeta początkowo była redagowana nieco po amatorsku. Ale z wielkim sercem i entuzjazmem. To był głos Komitetu Obywatelskiego, środowiska przygotowującego listę kandydatów do wyborów. To była ręczna robota, makiety wyklejane na kartkach papieru, potem kserowane. Format A4. Kolportowana bezpłatnie, lub za "co łaska". Miała skupiać wokół idei "Solidarności". Chcieliśmy wygrać wybory. Nasze zadanie, to pisać prawdę, relacjonować to, co się dzieje, ujawniać to, co było przez komunistów tuszowane.    

Reklama

- Po wyborach Nowe Pismo Starachowic przerodziło się gazetę samorządową...

- Wygraliśmy wtedy wybory, prezydentem Starachowic został Grzegorz Walendzik, kilka osób z grupy naszych solidarnościowych przyjaciół  włączyło się we władze etatowo. Prezydent po kilku miesiącach urzędowania zaprosił P. Krysiaka, i A. Łąckiego i mnie, proponując przekształcenie Nowego w gazetę miejską. Przyjęliśmy tę ofertę, zostaliśmy zatrudnieni w urzędzie, w Referacie ds. informacji. Staliśmy się dziennikarzami-urzędnikami. Jednak prezydent dał nam pełną swobodę. Nikt nie cenzurował naszych tekstów. A krytycznie pisaliśmy również o pracy Rady Miejskiej, z czym nie potrafili się pogodzić niektórzy radni. 

Reklama

- Zatem to przypadek zdecydował o Pana dziennikarskiej drodze zawodowej? 

- Przypadki są tylko w gramatyce, jak mawia ks. Adam Żmuda, proboszcz z Dziurowa. To raczej Opatrzność Boża. Tak miało być, choć o tym nie marzyłem. Co prawda temperament dziennikarski objawiał mi się już w czasie studiów, pisałem np. do redakcji prasowych, gdy mnie coś oburzało. To były polemiki, listy do gazet ogólnopolskich, ale też do starachowickiej gazety "Budujemy Samochody". Przypomniał mi o tym po latach Marek Barański, nasz kolega dziennikarz. Przyniósł mi mój odręcznie napisany list, gdzie interweniowałem w sprawie ohydnej gastronomicznej meliny. 

Reklama

- W urzędzie pracowaliście raptem dwa lata, co się wtedy wydarzyło?

- Pojawił się Jerzy Chrobot, dziennikarz z Kielc, który był przedstawicielem prywatnego wydawcy gazet lokalnych na Kielecczyźnie. Próbował podobną założyć w Starachowicach. Trafił do gazety Budujemy Samochody (wtedy już nazywała się Aktualności Starachowickie) . Szefowała jej Wiesława Żyła.  Spotkał się również z nami, próbując połączyć oba  środowiska. Nie mieliśmy żadnych kompleksów, byliśmy na fali. Nie bardzo nam odpowiadała ta fuzja, ale rozum podpowiadał, żeby nie być w medialnej opozycji - pójść w to. Szefem nowej gazety został Olek Łącki. Wiesława Żyła została sekretarzem redakcji. Gazeta zaczęła pięknie się sprzedawać. Był głód informacji. Gazeta Starachowicka odniosła wtedy sukces. 

Reklama

- Potem nastąpiła zmiana wydawcy i to był moment przełomowy, który dał początek wydawnictwu Starpress, wydawcy Tygodnika Starachowickiego?

- Tak, zmienił się wydawca. Co prawda nasza praca się nie zmieniła, ale zmieniła się troska o dziennikarzy, o sprawy wydawnicze w terenie. Przestaliśmy mieć stały kontakt z nowym wydawcą. To był czas szalejącej inflacji, a zarobki stały w miejscu. Nasze pomysły nie były podchwytywane. Dlatego na spotkaniu z wydawcą Olek Łącki, zapytał wprost, czy wobec braku zainteresowania, chcą może sprzedać tytuł załodze. Właściciel się zdenerwował tą propozycją i wręczył Olkowi wypowiedzenie ze skutkiem natychmiastowym. Nową szefową została W. Żyła. Nie protestowaliśmy przeciwko temu, a w poczuciu solidarności z Olkiem złożyliśmy wypowiedzenia - siedem osób łącznie z panią sekretarką Agnieszką Brzozowską.   Ocalmy od zapomnienia nazwiska twórców Tygodnika Starachowickiego (alfabetycznie): Jarosław Babicki, Paweł Daniszewski, Piotr Krysiak, Aleksander Łącki, Michał Salamon, Włodzimierz Skuza, Janusz Tomczyński. 

Reklama

Ponieważ wiedzieliśmy, jak robić gazetę, pojawiła się oczywista myśl, by to kontynuować. Padł pomysł powołania nowego tytułu. Tak powstał Tygodnik Starachowicki, którego pierwszy numer ukazał się w styczniu 1994 roku. Bardzo dobrze się sprzedawał, choć czasy były ciężkie. A Gazeta Starachowicka, nasze dziecko, stała się konkurencją... 

Z czasem umocniliśmy się na rynku, okazało się że jesteśmy czytani i lubiani. Liczył się głos Czytelników - listy do redakcji, telefony. Pierwsza siedziba redakcji była przy ul. Radomskiej, obok  dzisiejszej cukierni Heka, potem przenieśliśmy się do tzw. żółtka. W 2000 roku wynajęliśmy biuro przy ul. Lipowej. Po10 latach przeprowadzka do pawilonu przy ul. Murarskiej,  a od trzech lat jesteśmy z powrotem na Lipowej 29.

Reklama

- Z czasem programowo przestaliście myśleć o Gazecie Starachowickiej jako o przeciwniku...   

- Tak, to bardzo uzdrowiło nas psychicznie. Nie było już w nas nienawiści, po prostu robiliśmy swoje. Praca to nie walka, ale spokój w głowie. Firma zaczęła się rozwijać, zakładaliśmy kolejno nowe tytuły:  Tygodnik Skarżyski (1998), w 2000 roku przejęliśmy Tygodnik Konecki, a w 2005 roku rozpoczęliśmy wydawanie Tygodnika Szydłowieckiego. Później, przez kilka lat wydawaliśmy również Opoczyńską.pl i Moją Gazetę Domową. Z czasem pojawił się Internet, zmieniła się specyfika pracy, ale wciąż trwamy. 

Reklama

- Ta piękna historia pisze się od ponad 30 lat. Zmieniają się czasy i ludzie. Co różni Starachowice od innych miast tej wielkości? 

- Starachowice wyrosły obok skromniutkiego Wierzbnika. To nie była metropolia, a  biedne miasteczko na Kielecczyźnie. Z czasem, po sąsiedzku powstała osada fabryczna, jednocząc ludzi z okolic. Brakowało jednak więzi, pewnej wspólnotowości korzennej, którą mają np. Końskie, Szydłowiec, Opoczno - wielowiekowe, solidne miasta. To co nas łączyło? Fabryka! Ona była matką miasta, dawała utrzymanie. Jednak FSC upadła w latach 90. To nie służyło zdrowemu bytowi miasta. 

Reklama

- A jakie wcześniejsze wydarzenia miały wg Pana doniosłe znaczenie z perspektywy historii Starachowic?

 - Tu wspomniałbym górnictwo. To była dominująca gałąź przemysłu w mieście, o czym zapominamy. Przypomina o tym jedynie rondo im. Górników Starachowickich przy Iglastej i Szkolnej. Pan Oskar Gruszyczyński, który interesuje się tą tematyką, publikuje cenne materiały na temat starachowickiego górnictwa i to jest nie do przecenienia, bo górnictwo było tu bardzo ważne. Ja pamiętam pochody 1-majowe z udziałem górników, w pięknych strojach. M.in. mój sąsiad Kwiatkowski wychodził dostojnie ubrany z bloku przy ul. Staszica 7.      

Reklama

Kolejna ważna grupa, to społeczność żydowska w Wierzbniku, która była trwałą częścią miasteczka. Mieli swoje  domy, świątynie, szkoły, sklepy. Mieszkańcy pamiętający czasy wojny, wspominali swoich sąsiadów, ale ludzie mojego pokolenia przez długi czas o żydowskiej historii Wierzbnika  nie wiedzieli prawie nic.

Szczegółów o tragedii wierzbnickich Żydów dowiedziałem się z książki "Pamięć przetrwania" Christophera R. Browninga. Polecam ją gorąco. Ta praca dała mi zupełnie nowe spojrzenia na nasze miasteczko. Wcześniej wiedziałem, że na rynku zginęło 16 Polaków powieszonych przez hitlerowców, ale nie miałem pojęcia, że w 1942 roku na tym samym rynku Niemcy zamordowali kilkadziesiąt osób. Pozostałych kilka tysięcy Żydów zostało wywiezionych do obozu w Treblince. Kilkuset trafiło do obozów pracy w Starachowicach. Przy ul. Krętej odbywały się rzezie, o których wspominać się nie chce. Ale powinniśmy o tym pamiętać. Dobrze, że mówi o tym Muzeum Przyrody i Techniki. O tę pamięć powinni powinni dbać kolejni włodarze miasta i powiatu. To ważny element lokalnej historii.

Słabo pamiętamy, a i my mało pisaliśmy, o roli żołnierzy z naszych okolic walczących z sowieckim reżimem po II wojnie światowej. Miejscowi Żołnierze Wyklęci nie znaleźli należytego upamiętnienia. Podobnie jak Aleksander Życiński ps. Wilczur, Karol Łoniewski, Czesław Spadło, Józef Figarski,  Aleksander Młyński ps. Drągal, zamordowani lub straceni po wyrokach w Starachowicach. 

Z nowszej historii pamiętać należy historię miejscowych parafii z lat 80. Wcześniej w mieście były dwa kościoły.  Za ciasne dla wierzących starachowiczan. A władze komunistyczne nie pozwalały na budowę nowych świątyń. Po 80 roku nastąpiła zmiana w tym zakresie. Mamy dziś dziewięć świątyń. Za tym stoją ich budowniczowie, otoczeni wiernymi. Oni powinni pozostać niezapomniani. Np.   ks. Stanisław Pindera, proboszcz parafii na Południu, ks. Aleksander Sikora, z parafii na Majówce, ks. Tadeusz Jędra z parafii Wszystkich Św., ks. Mieczysław Murawski z Łazów... Oni nie tylko budowali mury. Budowali wspólnoty i duszpastersko przeprowadzili  ludzi przez trudny czas lat 80-tych. 

- Mimo stosunkowo płytkich korzeni naszej wspólnoty lokalnej, jakie momenty - Pana zdaniem - są szczególnego warte zapamiętania jeśli chodzi o zjednoczenie mieszkańców - np. w czasach kryzysów, świąt, protestów lub sukcesów lokalnych?

- To, co mnie utkwiło w pamięci, to peregrynacja obrazu Matki Bożej Częstochowskiej do Starachowic w 1973 roku . Obraz Częstochowski ma swoją kopię, która decyzją prymasa Wyszyńskiego miała zawitać do każdej parafii. W pewnym monecie władze PRL zaaresztowały obraz, który miał przyjechać również do Diecezji Sandomierskiej, obejmującej Radom. W 1972 roku ks. Józef Wójcik z Suchedniowa ze swoim kolegą, obraz uwięziony w jednej z kaplic na Jasnej Górze wykradli. Władze milcząco zaakceptowały ten fakt.  

Pamiętam to niesamowite zjednoczenie mieszkańców wokół obrazu. Tysiące ludzi, ksiądz biskup. Kiedy szliśmy na nocne czuwanie z rodziną - widać było udekorowane niemal wszystkie okna w blokach - Matka Boża otoczona światełkami. To dawało siłę. Jako dziecko poczułem się wyśmienicie w takiej potężnej grupie. A Służba Bezpieczeństwa skrupulatnie to wydarzenie śledziła, co po latach odnalazłem w archiwach IPN. Władze komunistyczne, w tych samych godzinach,  perfidnie zorganizowały na pobliskim stadionie popisy sportowe i wokalne. To były okropne czasy...   

Innym wg mnie ważnym wydarzeniem była opisana pięknie przez Pawła Perchela i Roberta Adamczyka solidarnościowa manifestacja z sierpnia 1982 roku. Przez Starachowice, od kościoła Św. Trójcy, do Domu Partii przy ul. Konstytucji 3 Maja, przeszła tam i z powrotem  grupa kilkuset osób skandująca antykomunistyczne hasła. Z narzeczoną byliśmy uczestnikami tego wydarzenia. To była jedyna tego rodzaju manifestacja starachowiczan, jednocząca ludzi w tym trudnym czasie. 

Były też mniej entuzjastyczne wydarzenia, jak fala bezrobocia z lat 90-tych. To bardzo trudny czas dla wielu rodzin. Po upadku fabryki, wielu mieszkańców znalazło się na bruku. Patrzyliśmy na to jako konieczność, ufając, że ustrojowe zmiany gospodarcze muszą nastąpić dla dobra Polski. Ale ludzie mieli potworne kłopoty. Jednak budująca była samopomoc sąsiedzka, objawiały się piękne czyny, co trzeba wspominać i doceniać. Pokrzepienie można też było znaleźć w kościele. 

Równolegle z bezrobociem pojawiło się wielkie ożywienie przedsiębiorczości mieszkańców. Niezapomniany handel łóżkowy na tzw. Manhattanie przy Al. Armii Krajowej, powstało też mnóstwo sklepów, firm, wciąż nowe szyldy. Niektóre krótko działały, a inne trwają do dziś. W tej biedzie wyrastał m.in. Tygodnik Starachowicki, który przez lata informował, dawał nadzieję. Dawał też zatrudnienie wielu osobom. 

- Ocalając od zapomnienia szukamy lokalnego archiwum pamięci - miejsca, gdzie można zgromadzić wspomnienia mieszkańców, przedmioty, książki, gazety.

- Jakąś część tych zadań pełni Muzeum na Wielkim Piecu, gromadząc pamiątki, ale nie są one eksponowane, bo to nie jest zadanie tego Muzeum. Uważam, że każde miasto powinno mieć swoje miejsce pamięci. Zacząłem o tym myśleć w latach 90, kiedy byliśmy z kolegą na szkoleniu w Płońsku. Tam władze miasta powołały Pracownię Dokumentacji Dziejów Miasta. To początkowo był to wydział centrum kultury, gdzie gromadzono bieżące dokumenty, zdjęcia, które były kroniką aktualnych wydarzeń. Jeśli coś nagrywali, to było archiwizowane, podobnie było z fotografiami. To było i jest archiwum przeszłych i bieżących wydarzeń miejskich. Tam swoje pamiątki przekazują mieszkańcy. 

 Nasi włodarze przez lata zamawiali samorządowe programy  w Telewizji Kablowej. Dziś, to ogromny materiał historyczny, który należałoby zdigitalizować. Jeśli to jeszcze gdzieś jest... 

To, czego w kwestiach historycznych mi  brakuje, to również dostępności życiorysów znanych osób, które odchodzą. To wyzwanie np. dla szkół, zakładów pracy, urzędów, gdzie ludzie pracowali. Ze smutkiem patrzę, że na stronach szkół nie ma choćby nazwisk emerytowanych, czy zmarłych nauczycieli, a przecież każda placówka ma swoją historię, którą tworzyli ludzie. Internet jest pojemny i nie można ograniczać tej wiedzy.  

- Skoro byli ludzie i wydarzenia, to wspomnijmy też inwestycje. Które - z Pana punktu widzenia - odegrały kluczową rolę w funkcjonowaniu miasta?

- W ostatnich 30 latach powstało kilka ważnych inwestycji, które ułatwiły życie mieszkańców. Pierwsza to przebudowa  ul. Kopalnianej - powstało jej połączenie z  Al. Armii Krajowej. Kiedyś, chcąc z Alei AK dojechać na Osiedle Majówka, trzeba było jechać koło policji, albo ul. Kościelną. Zmiana odmieniła życie zmotoryzowanych mieszkańców. Epokowa zmiana dla funkcjonalności Starachowic. 

Kolejna, to połączenie ul. Batalionów Chłopskich od szpitala do ul. Szkolnej i Iglastej. To odciążyło ul. Radomską, dało dodatkowy dojazd do szpitala.    

Trzecia, to nowa ul. Moniuszki, która dała alternatywę dojazdu dla os. Południa. To bardzo funkcjonalny trakt z chodnikiem. 

W kontekście komunikacyjnym, nie można zapomnieć o dwóch wiaduktach. Pierwszy to trasa NS z wiaduktem czyli ul. kard. Wyszyńskiego, która powstała w latach 90. W dobie wzmożonego ruchu kolejowego to było niesamowite odkorkowanie miasta. Wiadukt zaczęto budować za czasów prezydenta Krzeszowskiego, ale jego otwarcie odbyło się za kadencji prezydenta Wierzbickiego, który nie bardzo lubił swojego poprzednika. Nie chciał, by Krzeszowski przecinał z nim wstążkę, więc go nie zaprosił. Ale w końcu pan Zenon był tam obecny, bo należał mu się głos podziękowania.

Wiadukt otwarty ostatnio w Starachowicach Zachodnich również znacząco poprawił komunikację. Są tacy, którzy utyskują, że powinien sięgać do Al. Niepodległości. Ale taki kosztowałby trzy razy tyle, a na to nie było pieniędzy. Dobrze, że władze powiatu i miasta wsparte przez parlamentarzystów: K. Lipca i A. Wojtyszek, stawały na głowach na różne sposoby, by udało się sfinansować ten trakt.       

Specjalna Strefa Ekonomiczna na pewno przyczyniła się do tego, że Starachowice odbiły się  po upadku FSC. Jej start nastąpił w czasie rządów SLD, ale to Grzegorz Walendzik, pierwszy prezydent Starachowic po 1990 roku, taki temat zgłaszał i opracował dokumenty dające podwaliny SSE.  

- Rola dziennikarza na przestrzeni lat się zmieniła, czy jako społeczeństwo potrzebujemy wciąż lokalnych mediów?

- Media są potrzebne, lokalne szczególnie, bo w małych miejscowościach łatwiej jest zdominować sferę informacyjną publikacjami, które nie mają nic wspólnego z dziennikarstwem. Narracja rządzących jest najczęściej pasmem sukcesów. Nie wspomina się o trudnych, czy kompromitujących sprawach. Media są m.in. od tego, by patrzeć władzy na ręce. Mówi się czwarta władza - nie bez powodu. Prasa jest strażnikiem demokracji. Dziennikarze są potrzebni jako ludzie uprawnieni, by relacjonować to, co się dzieje i opatrywać fakty komentarzami. Jeśli media lokalne upadną, nie będzie rzetelności przekazu, który musi być rzetelny i zweryfikowany.

Postęp technologiczny niestety degraduje naszą rolę. Dziś z pomocą social mediów może pisać każdy. Ale to nie jest dziennikarska robota. Dziennikarska wymaga dużo czasu, sprawdzania faktów, zanim coś zostanie opublikowane. Dopóki mamy niezależne media mamy demokrację.  Nie jesteśmy przeciwnikami włodarzy. Przeciwnie - chcemy być ich sojusznikami, bacznie obserwując ich poczynania. 

- Jakie przesłanie mógłby Pan zostawić młodym ludziom, którzy dorastają dziś w  mieście?

- Dzieci i młodzież, niezależnie od czasów, nie zmieniają się, Podobnie jak to, co powtarzałem przed laty swoim dzieciom: możesz w życiu być każdym! Świat jest piękny, daje dużo możliwości, można mądrze próbować wszystkiego. Nie można być leniwym, potrzebna jest praca. Czasem wystarczy łut szczęścia - ale większość z nas musiała się uczyć - bez pracy nie ma kołaczy. Również bez głębszych wartości słabo się żyje. A w życiu najważniejsze jest wiedzieć, co jest najważniejsze. 

Rozmawiała Ewelina Jamka

Aplikacja starachowicki.eu

Jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś koniecznie zainstaluj naszą aplikację, która dostępna jest na telefony z systemem Android i iOS.


Aplikacja na Androida Aplikacja na IOS

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 14/01/2026 19:37
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Reklama

Wideo Starachowicki.eu




Reklama