Konrad Imiela ur. 1972 w Starachowicach. Aktor teatralny, telewizyjny i filmowy, kompozytor, autor tekstów piosenek, reżyser teatralny. W latach 2006–2021 dyrektor naczelny i artystyczny Teatru Muzycznego Capitol we Wrocławiu, od 2021 r. dyrektor artystyczny tego teatru. W Tygodniku Starachowickim przystąpił do Kulturalnego Towarzystwa. Wspomina dzieciństwo i młodość w Starachowicach i lata pięknej pracy we Wrocławiu.
Jarosław Babicki. - Wielki świat teatru muzycznego Capitol i Przeglądu Piosenki Aktorskiej to Wrocław, ogólnopolska sława. Ale czy ten pierwszy, najważniejszy artystyczny zapłon: odwaga do wzięcia gitary i wyjścia przed ludzi, nie narodził się przypadkiem na ogniskach 111-tki? Czym dla Ciebie był tamten czas?
Konrad Imiela. - Oczywiście tak było. Dzięki druhnie Miłce Mazurkiewicz i 111-stce stanąłem na teatralnej scenie, zacząłem pisać piosenki, teksty, obejrzałem najistotniejsze krakowskie i warszawskie premiery teatralne tamtych lat. Poczułem ten, nieporównywalny z niczym, dreszcz emocji, kiedy występujesz na scenie, a inni cię słuchają. To uzależniające. Jeszcze niby złożyłem papiery na astronomię na Uniwersytecie Wrocławskim, ale dostałem się na Wydział Aktorski wrocławskiej PWST i wciągnęło mnie bez reszty. Trzyma do dziś. Winna jest Miłka i 111-stka. A czym był tamten czas? Cudownym zlepkiem miłości, twórczości, fascynacji sceną, przyjaźni, muzyki... Człowiek w wieku licealnym podatny jest na rozmaite uniesienia. Pamiętam na przykład bardzo silne poczucie wspólnoty na tych stojedenastkowych ogniskach, na obozach w Gibach. To była wspólnota, która potrzebowała oryginalnych indywidualności, więc świetnie się tam odnalazłem. Jednocześnie te wichry namiętności, nieprzespane noce, jakaś wspaniała dzikość i wolność. Bardzo twórcza.
Ukończyłeś starachowicką "Dwunastkę", potem I LO. Czy nasze miasto, z jego fabryczno-historyczną tożsamością ma coś specyficznego, że wypuszcza w świat wybitnych ludzi sceny i ekranu - od Krystyny Jandy, przez Konrada Imielę i innych aktorów, aż po najmłodsze pokolenie aktorów i reżyserów?
Dwunastka to był koszmar. W nauce zawsze sobie radziłem, ale ten dziwny patologiczny klimat szkoły z nawalonym dyrektorem i panem od muzyki, pan od wf-u, który daje nam butelki po wódce do oddania do sklepu w czasie lekcji, nauczycielki bijące się ze sobą na korytarzu, targające się za włosy, jakieś prymitywy plujące mi w twarz "Cygan! Cygan!" – takie mam obrazki, więc spuśćmy zasłonę. Wtedy nie narzekałem, uznałem, że tak po prostu jest. Z perspektywy czasu włos jeży się na głowie.
Jedynka to był zupełnie inny świat. Ten sznyt profesorów w garniturach: Dobrowolski, Stański, Mirecki, inteligentne poczucie humoru, ucieczki z lekcji do harcówki, lub do pani Ewy Śmiech do biblioteki. Wyrozumiałość dla oryginalności – to było najcenniejsze. Specyfika miasta? Podpowiedzią może jest przypadek Australii – kraju ludzi ekstremalnie szczęśliwych, w którym teatr jest na bardzo słabym poziomie. To prosta, powierzchowna rozrywka dla mas. Artyści nie mają inspiracji, nie są targani buntem, niezgodą, namiętnościami. Są po prostu szczęśliwi. A dlaczego w Polsce mamy taki dobry teatr? Bo tu tych inspiracji jest aż nadto. Starachowice są bardzo inspirującym miastem. Z jednej strony romantyzm Puszczy Jodłowej, Święty Krzyż, opowieści o partyzantach, z drugiej to Szlakowisko, huta, fabryka samochodów, a z trzeciej Wierzbnik, przedwojenne ślady, jeszcze jakaś tajemnicza diaspora żydowska – świetny klimat dla "hodowania" artystów.
Wracasz do Starachowic dość często, czasem stajesz na miejscowych scenach z recitalem, a nasza publiczność zawsze wita Cię z ogromnym sentymentem. Czy występy przed "swoimi", w rodzinnym mieście, kosztują Cię więcej, czy może mniej emocjonalnego stresu niż premiery na wielkich, wrocławskich scenach?
Ja w ogóle lubię występować przed publicznością, której nie znam, zdobywać ją po raz pierwszy. W Starachowicach mam jednak wielu znajomych, to bardzo sentymentalne powroty. Wydaje mi się, że my wszyscy, którzy wyrośliśmy w tym mieście i udaje nam się "świecić" gdzieś indziej, mamy pewien rodzaj misji, żeby raz na jakiś czas pokazywać swoją sztukę naszym ziomkom, "zdawać raport" ze swoich kolejnych osiągnięć i - co bardzo ważne - inspirować kolejne pokolenia.
Powiedziałeś kiedyś piękne słowa o tym, że teatr jest jak buddyjska mandala – sypie się go z piasku przez miesiące prób, a potem spektakl schodzi z afisza i wszystko znika, zostając tylko w pamięci widzów. Nie żal Ci, jako reżyserowi, tej ulotności? Film zostaje na taśmie na zawsze, teatr umiera na Twoich oczach.
Ten żal to wspaniała lekcja pokory wobec "tu i teraz". Bo teatr dzieje się wyłącznie tu i teraz. Kiedy spektakl jest grany wiele lat, role zmieniają się wraz z dojrzałością aktorów, pojawiają się nowe konteksty, relacje. W Capitolu mamy takie tytuły, które są grane nawet kilkanaście lat. Czasem widzowie mówią mi: - Widziałam ten spektakl jako 16-latka, przychodzę na niego po raz czwarty, piąty, dziś mam 26 lat, jestem inną osobą, ten spektakl też się zmienia. Dojrzewamy razem. To fascynujące! Film zawsze będzie dokładnie taki sam.
Twierdzisz, że bycie artystą i uprawianie sztuki to w gruncie rzeczy... rodzaj wspaniałej zabawy, która pozwala zachować stały link do dzieciństwa. Czy dzisiejszemu dyrektorowi i dojrzałemu twórcy łatwo jest obronić w sobie to dziecko przed brutalnością i komercjalizacją współczesnego świata?
To musi być zabawa. Beztroska, wolna. Nawet, kiedy dotykamy bardzo poważnych, traumatycznych tematów, musimy umieć uwalniać się od stereotypów, układać te klocki na swój oryginalny sposób. Pięć lat temu zrezygnowałem z funkcji dyrektora naczelnego teatru, obecnie jestem dyrektorem "tylko" artystycznym. Temu dziecku we mnie było trochę za ciasno w garniturze. Dyr. artystyczny to wciąż poważna funkcja, ale zdecydowanie bardziej zanurzona w sztuce. A`propos brutalności i komercjalizacji – właśnie m.in. po to są artyści i sztuka, żeby tworzyć przeciwwagę. Zarządzam dużym teatrem, robię spektakle muzyczne, adresuję je do masowej widowni. Każdego roku nasze spektakle ogląda ok. 100 tys. widzów. Ta skala daje szansę na wpływ społeczny. Duża odpowiedzialność, ale też misja. Wierzę we wpływ teatru na społeczeństwo, inaczej bym chyba tego nie robił.
Kilka lat temu środowiskiem wstrząsnął brutalny napad na Ciebie na wrocławskiej ulicy. Zachwyciłłeś wtedy wszystkich pisząc, że mimo doświadczenia tak potwornego zła, lawina miłości i wsparcia od obcych ludzi utwierdziła Cię w wierze w człowieka. Skąd czerpiesz tę niezłomną, głęboko chrześcijańską, czy hipisowską wiarę w "peace and love"?
Właśnie z miłości. I z tego wsparcia, którego wtedy doświadczyłem od rodziny, przyjaciół i często obcych ludzi. Zakładam, że człowiek z natury rodzi się dobry. Warto przyjrzeć się temu, co niektórych z nas wyposaża w zło. Po zdarzeniu, o którym piszesz, rozmawiałem z wieloma ekspertami o źródłach agresji, nienawiści. Najczęściej przyczyny są w dzieciństwie, deficycie dobrych, rodzinnych relacji, braku miłości, patologicznych wzorcach, "ciągnięciu" rodzinnych traum. Te wszystkie rzeczy warto również "przerabiać" w sztuce, w teatrze. Działamy na emocje, często prowokacyjnie, często inspirująco, wybijamy ze strefy komfortu po to, żeby wzbudzić emocjonalne procesy, które mogą okazać się terapeutyczne.
Praca w kulturze to wieczny bieg. Gdybyś miał dziś przekazać jedno krótkie, nieprzegadane przesłanie dla młodych, starachowickich twórców, którzy dopiero zaczynają marzyć o wielkiej scenie - jak brzmiałoby credo Konrada Imieli?
Stworzono już ogrom wybitnej sztuki, poznaj jej jak najwięcej, przyglądaj się niezwykłym ludziom i zjawiskom, a później zaufaj swojej intuicji i twórz. Tak, jak tylko Ty potrafisz.
Gdybyśmy mieli zamknąć Twoje życie w trzech najważniejszych utworach muzycznych, to co by to było?
Mój: "Breslauer ZOO" sł. Konrad Imiela, muz. Grzegorz Rdzak, piosenka ze spektaklu "Mock. Czarna burleska" inspirowanym kryminałami Marka Krajewskiego

Młodość w Starachowicach: Zaprosiłem Wolną Grupę Bukowinę do mojego programu Nut Ferment i zaśpiewali kilka piosenek, na których uczyłem się grać na gitarze i zdzierałem gardło na ogniskach 111stki, to było ważne dla mnie spotkanie

Evergreen: Ooo... tu bardzo mi trudno, bo mam ich wiele. Proponuję utwór artysty, którym obecnie jestem absolutnie zafascynowany. Wybitny Benjamin Clementine i jego "Condolence": "wysyłam kondolencje lękowi, ślę kondolencje niepewności, najwyższy czas, żebyś wiedział, że nie uda ci się mnie zdołować"

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Ucieczki z lekcji ...do harcówki??? a to ci dopiero wagary, i wszystko jasne jak dwa słońca na niebie.
Ucieczki z lekcji ...do harcówki??? a to ci dopiero wagary, i wszystko jasne jak dwa słońca na niebie.