Niech żałują ci kibice, którzy sobotnie przedpołudnie postanowili spędzić nie na stadionie w Bodzentynie, a w zupełnie innym miejscu. Choć podopieczni Piotra Dejworka z pewnością nie byli faworytem konfrontacji z ekipą z Oświęcimia, po ostatnim gwizdku sędziego nie kryli radości. I trudno się dziwić, bo w pełni zasłużenie zainkasowali komplet punktów.
Chrzanowski show
Gospodarze największe zagrożenie stwarzali prawą flanką. W końcu przebudził się Dominik Chrzanowski, który pod dwóch słabszych spotkaniach przypomniał sobie, że płynące pod jego adresem pochwały kiedy wchodził do drużyny nie były na wyrost. Jeszcze przed przerwą dwa razy zaskoczył golkipera oświęcimskiej ekipy, a Łysica prowadziła 3:0. Wynik otworzyła akcja Szymona Michty, który próbował dogrywać do lepiej ustawionego partnera. Futbolówka zamiast do kolegi z zespołu, trafiła w Konrada Kochana, a ten wpakował ją do siatki. Gol samobójczy i konsternacja na trybunach.
Łysica na tle wicelidera prezentowała się jak profesor, który dał swojemu uczniowi solidną lekcję futbolu. Przyjezdni pretensje mogą mieć tylko do siebie. Na domiar złego spotkanie kończyli w dziesiątkę. Sprytnie przed polem karnym zachował się Dariusz Anduła, który wykorzystał fakt, że w pierwszej połowie żółtą kartką ukarany został Marcin Drzymont. Snajper Łysicy był nieprzepisowo zatrzymywany, a sędziemu nie pozostało nic innego jak ukarać byłego stopera Korony Kielce i poznańskiego Lecha czerwonym kartonikiem.
Wolny Kalisty
Po tym jak na listę strzelców wpisał się Mirosław Kalista, nie było już cienia wątpliwości, która z drużyn opuści murawę z trzema punktami na koncie. – Gdyby mecz zakończył się wynikiem 8:0 dla nas, pewnie zaskoczenie byłoby jeszcze większe – stwierdził zadowolony Anduła, który co prawda tym razem nie wpisał się na listę strzelców, ale udowodnił, że z nim w składzie Łysica będzie jeszcze groźniejsza dla przeciwników.
Komentarze