Reklama

100 lat Sklepu Żelaznego w Starachowicach. Kupiectwo Chojnaccy mają we krwi

Zamki, wkładki, klamki, zawiasy, wyroby zduńskie, narzędzia - słowem artykuły metalowe królują w Żelaznym Sklepie przy ul. Spółdzielczej w Starachowicach. Choć już nie ma wśród nas protoplastów, którzy dali początek tej działalności za ladą i wśród przedwojennych regałów unosi się duch i czuć klimat tamtych czasów. I choć one diametralnie się zmieniły, klienci wciąż chętnie przychodzą do sklepu u Chojnackich, bo wiedzą, że znajdą to, czego im trzeba. W tym roku mija 100 lat od powstania tego miejsca...

Na początek skład tytoniowy

Spółkę pod nazwą składu tytoniowego założył w 1926 roku Paweł Chojnacki, dziadek Zbigniewa Chojnackiego, który do dziś kontynuuje kupiecką schedę przy ul. Spółdzielczej w Starachowicach.

- Pierwszą udokumentowaną firmą jest spółka dziadka Pawła (1880- 1928), który pochodził z gminy Kunów. Wraz z żoną Katarzyną doczekał się trojga dzieci: Stanisława, Zofii i najmłodszego Bronisława (ur. 1912 г.), który po przedwczesnej śmierci swojego ojca, przejął prowadzenie sklepu. To był mój ojciec. Był wtedy młodym chłopakiem, miał zaledwie 16 lat. Ojciec łączył sprzedaż artykułów przemysłowo-spożywczych w Kunowie. Był i chleb, i nafta, przysłowiowe mydło i powidło. W latach 20/30-tych były to jedyne sklepy w takich miejscowościach. - oроwiada pan Zbigniew, syn Bronisława.  

Reklama

Tuż przed wybuchem wojny, pan Bronisław pobierał nauki w Warszawie. Kształcił się na kursach handlowych. Działalność handlową prowadził również w czasie II wojny światowej, gdy Polska znajdowała się pod okupacją hitlerowską. Nie wspominał tych czasów w ogóle, ale odbywał podróże, kursował między obecnym województwem świętokrzyskim i miejscowością Prawęcin a Warszawą. To był bardzo burzliwy okres. W tym czasie kilkukrotnie był aresztowany w łapankach i wywożony do obozów pracy. Ale jakimiś szczęśliwym trafem, udawało mu się uciec. W 1942 roku, w kościele parafialnym w Kunowie, Bronisław poślubił Gustawę, która zaczęła pomagać mężowi w prowadzeniu sklepu. 

W 1944 roku przyszedł na świat Jerzy, najstarszy syn państwa Chojnackich. Rok później kończy się wojna, Bronisław Chojnacki miał ogromną ochotę zamieszkać wraz ze swoją rodziną w Warszawie. Chciał coś zmienić w swoim życiu, mieszkać w dużym mieście. Ostatecznie do tego nie doszło. W kwietniu 1945 roku znalazł się w Starachowicach, które dawały perspektywy do dalszego życia i działalności gospodarczej. I tu postanowił osiąść. Wynajął miejsce na prowadzenie sklepu i pokój do zamieszkania. Swoją żonę Gustawę wraz z synem Jerzym sprowadził do Starachowic ok. cztery miesiące później. Zaczął zajmować się handlem spożywczym. 

Reklama

Po wojnie w Wierzbniku

- Pierwsze zezwolenie na prowadzenie sklepu w Wierzbniku pochodzi z czerwca 1945 roku. Dlaczego w Wierzbniku? Bo tu, jak w każdym mieście po wojnie, nie było nic - mówi pan Zbigniew dodając, że na początku lat 50. zmienił się asortyment. - Ojciec postawił na sprzedaż produktów metalowych. Zadziałał zmysł kupca, gdyż sklepów spożywczych było sporo, natomiast z produktami metalowymi i farbami - nie.

W 1949 roku państwu Chojnackim urodziła się córka Mirosława, natomiast Zbigniew na świat przyszedł w 1957 roku. Od wczesnych lat młodości sklep wpisany był w jego życie. 

Reklama

- Odkąd nauczyłem się liczyć, remanent źle mi się kojarzył. Inne dzieci w okresie od świąt do Trzech Króli miały ferie, a mnie ferie kończyły się po świętach. Koledzy szli na łyżwy, ja siedziałem w sklepie i pomagałem w liczeniu. Starsze rodzeństwo kształciło się, a ja liczyłem jako najmłodszy w domu - wspomina. 

Rodzina Chojnackich w 1968 roku nabyła kamienicę przy ulicy Spółdzielczej 27. Od tej pory sklep znajduje właśnie pod tym adresem. Rodzeństwo pana Zbigniewa, po ukończeniu szkoły średniej, wyjechało ze Starachowic. Brat Jerzy osiadł w Szczecinie, siostra Mirosława początkowo mieszkała w Katowicach, obecnie w Łodzi. Najmłodszego Zbyszka uznano za naturalnego spadkobiercę spuścizny po Bronisławie.

Reklama

- Siłą rzeczy scedowano to na mnie, na najmłodszego - mówi pan Zbigniew. - Kupiectwo było dla mnie czymś naturalnym, choć początkowo swą przyszłość planowałem w innym, dużym mieście. Po zdaniu matury w I Liceum Ogólnokształcącym, studiowałem w Lublinie na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej. Z czasem wróciłem jednak do Starachowic. W 1981 roku, kiedy ojciec przeszedł na emeryturę, przepisał sklep na mnie i na mamę - wspomina czasy, kiedy został współwłaścicielem sklepu z artykułami metalowymi przy ul. Spółdzielczej. 

Spadkobierca - właściciel

Reklama

Pan Bronisław zmarł w 1986 roku, w wieku 74 lat. Pani Gustawa w 2006 roku. Po śmierci ojca, pan Zbigniew został jedynym właścicielem firmy.

- Kiedy przejąłem ten biznes, były różne pomysły na zmiany, ale po transformacji ustrojowej pozostała ta sama nazwa sklepu i ten sam adres, który ludzie znali od lat. Zawsze chodzili "do Chojnackiego", dlatego nazwisko stało się szyldem sklepu żelaznego - dodaje pan Zbigniew.  Mam dwie córki, młodsza Ewelina prowadzi działalność gospodarczą w stolicy, można więc uznać, że przejęła kupiectwo po ojcu. Ma łatwość poruszania się w dziedzinie przedsiębiorczości. Ale tym, co dzieje się w sklepie u dziadka, interesuje się wnuczka Natalia. Zawód kupca trzeba mieć we krwi. 

Reklama

W rodzinie Chojnackich ta tradycja i pęd do kupiectwa przechodzi z pokolenia na pokolenie. Pan Zbigniew dwukrotnie był prezesem organizacji kupieckich. W latach 80. był prezesem Zrzeszenia Prywatnego Handlu i Usług a po 2000 roku - prezesem Unii Kupców Starachowickich.  

- Jestem dumny ze swoich rodziców. Zwłaszcza ojciec, który miał 45 lat, kiedy się urodziłem, udzielił mi tyle rad i wskazówek, że pozostają cenne do dziś. Jestem mu wdzięczny za lekcje historii 1920-1960. Był moment, że zająłem się polityką, ale uznałem, że to nie dla mnie. Tu jest moje miejsc. Mam poczucie jego wyjątkowości na mapie Starachowic. Choć początkowo miałem inne plany, nadzieje i ambicje na życie, przejąłem pałeczkę po dziadkach i rodzicach i tego nie żałuję. Handel interesował mnie od zawsze, dobrze się w tym czułem, lubię się tym zajmować. Dziś jestem już emerytem, ale nadal chętnie tu przychodzę, spotykam się z ludźmi, rozmawiam, mam swoich klientów. Co sobota robię sentymentalny spacer idąc z domu do pracy, przez targ a następnie ul. Jasną do sklepu. Nie muszę nawet nic kupować na bazarze, ale klimat tego miejsca i wspomnienia pozostają wciąż żywe. Choć kupiectwo bardzo zmieniło się na przestrzeni lat, jedno pozostaje niezmienne. Podejście do ludzi, do klienta. Przez jakiś czas po śmierci rodziców denerwowało mnie, kiedy klienci patrzyli na mnie przez ich pryzmat. Z czasem do tego przywykłem. Dziś już jest zupełnie inne pokolenie, coraz mniej jest osób, które pamiętały moich rodziców. A w samym handlu wszystko się zmieniło. Ten asortyment, który mam obecnie ma rację bytu, pod warunkiem, że się trafi w niszową strefę. Potrafię rozeznać dzisiejsze potrzeby klientów, dlatego nie narzekam na zbyt. Będę tą misję kontynuował dopóki zdrowia i sił wystarczy. Robię to, bo chcę a nie muszę. Wyszedłem z domu o bogatych tradycjach i zamierzam je podtrzymywać, mam pewnego rodzaju poczucie misji, która mimo wieku dodaje motywacji do działania. 

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Drzwiczki od kuchni - niezalogowany 2026-04-24 19:52:22

    Brawo !

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Reklama

Wideo Starachowicki.eu




Reklama