W bieżącym roku mija trzydzieści lat od śmierci inż. Józefa Rybskiego, pierwszego po wojnie kierownika kopalni "Majówka", wybitnego znawcy problemów związanych z eksploatacją pokładów rud żelaza na terenie naszego miasta i regionu.
W starachowickim górnictwie pracował on od 1928 do 1960 roku, pełniąc m.in. odpowiedzialne funkcje w zarządzie przedsiębiorstwa. Po wypędzeniu hitlerowskiego okupanta był jednym z trzech specjalistów, którym przypadło przywracać do życia miejscowe górnictwo i hutnictwo. Inż. Stanisław Holewiński zajmował się wówczas uruchamianiem wielkiego pieca, a on wraz z Antonim Jaworskim aktywizacją nieczynnych, zwykle zalanych wodą podskórną kopalni głębinowych i odkrywkowych: "Majówka", "Strzelnica", "Kutery", "Klepacze", "Mikołaj" i "Boży Dar".
Inż. Rybski stanowisko kierownika kopalni "Majówka" pełnił przez kilka kolejnych lat, po czym, decyzją Zjednoczenia, został oddelegowany na kierownicze stanowisko w nowo utworzonym przedsiębiorstwie eksploatacji fosforytów w Annopolu nad Wisłą.
Po powrocie do Starachowic i przejściu na emeryturę, wiele czasu poświęcał pisaniu wspomnień z lat pracy zawodowej. Zajmowany przez niego dom przy ulicy Kopalnianej stał się miejscem spotkań z innymi weteranami górnictwa, którzy dzielili się swoimi spostrzeżeniami. Jan Gacoń, Stanisław Hanc i Józef Kowalczyk stali się w ten sposób współautorami obszernego, liczącego wieleset stron opracowania, które zatytułował: "Postscriptum do dziejów starachowickiego górnictwa rud żelaza". Zawiera ono dużą ilość faktów o zasadniczym znaczeniu, a także opinii, wśród których nie brak także krytycznych.
Autor porównuje pracę kopalni posługujących się jeszcze ręcznymi wyciągami i kieratami konnymi, z funkcjonowaniem kopalni powojennych, wyposażonych w elektryczność i nowoczesne urządzenia transportowe. Stara się odpowiedzieć na pytanie - dlaczego prymitywnie wyposażone zakłady wydobywcze z początków trzeciej dekady lat 20 ubiegłego stulecia były rentowne, a późniejsze, zmechanizowane, przynosiły straty, które doprowadziły do ich likwidacji.
Oto kilka jego refleksji:
Pracowałem zawsze w ruchu, nigdy za biurkiem, stykając się z zagadnieniami kopalnictwa w sposób bezpośredni. Codzienne obserwacje utrwaliły mnie w przekonaniu, że na opłacalność wydobycia i cenę zbytu wyrobów ma wpływ wiele czynników, nie tylko mechanizacja. Najważniejszym z nich jest bez wątpienia ogólna wydajność wszystkich członków załogi, która surowce eksploatuje. Zarówno pracowników fizycznych, jak i umysłowych.
Powojenna kopalnia "Henryk" uzyskiwała niższe efekty niż jej poprzedniczka, posługująca się jeszcze siłą pociągową zwierząt. Efekty uzyskiwane przez doskonalsze usprzętowienie "zjadały" liczne obsady mechaników, elektryków, konserwatorów, pompiarzy, rurkarzy, a także różnego rodzaju pseudofachowców.
Kierownik kopalni nie miał należytego wpływu na dobór podległych mu pracowników. Otrzymywał odgórne polecenie kogo i na jakim stanowisku ma zatrudnić. Dobrze płatne posady obejmowali m.in. przybysze, mający doświadczenie w górnictwie węglowym, ale niezbyt orientujący się w specyfice górnictwa rud regionu świętokrzyskiego. Liczba pracowników umysłowych w stosunku do fizycznych była wielokrotnie większa niż przed 1939 rokiem.
Garść dalszych szczegółów za tydzień, w odcinku zatytułowanym "Na łyczku życie ważył".
Aleksander Pawelec
Z kart rodowodu odc. 784, nr 14/2012 r.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Miło przeczytać choć pół zdania o moim Dziadku.