Przez pięć lat żyła w rytmie dializ i czekała na jeden telefon. Gdy zadzwonił 6 grudnia nad ranem, wiedziała, że to może być jej druga szansa. Pani Agnieszka, obciążona genetycznie chorobą nerek, dziś uczy się życia na nowo i z wdzięcznością mówi o darze, który otrzymała od drugiego człowieka.
Pani Agnieszka (57 lat) miała świadomość, że jest w grupie podwyższonego ryzyka, jeśli chodzi o chorobę nerek. Wszyscy ze strony jej taty byli obciążeni genetycznie, przez co zmarli w bardzo młodym wieku - brat taty zmarł w wieku 42 lata, tata pani Agnieszki miał 43 lata, kiedy odszedł. Ciocia przeszła nieudany przeszczep nerek, ale niestety też czasy i poziom medycyny były nieco inne...
W przypadku pani Agnieszki zwyrodnienie wielotorbielowate nerek (to uwarunkowana genetycznie choroba nerek, która ma charakter wielonarządowy, co oznacza, że torbiele mogą rozwijać się również poza nerkami) dało znać o sobie dość wcześnie, choć choroba nie daje jednoznacznych objawów. Następuje spadek kreatyniny, spadają parametry krwi. Kto jest świadomy zagrożenia i kontroluje wyniki, jest w stanie odpowiednio wcześnie zareagować. Tak było również w tym przypadku. O torbielach pani Agnieszka dowiedziała się w wieku 24 lata. Wówczas lekarz wiedząc o grupie podwyższonego ryzyka, uczulił ją na częstsze kontrole i badania. Do 2013 roku w zasadzie choroba nie dawała znać o sobie. Po 40. roku życia pojawiły się pierwsze symptomy w postaci niepokojących wyników.
- Szukałam wtedy specjalisty-nefrologa, trafiłam do poradni transplantologii w Warszawie, gdyż z czasem choroba zaczęła tak postępować, że przeszczep nerki okazał się nieunikniony. Dializowana byłam przez 5 lat. To było bardzo uciążliwe. W zasadzie dializom podporządkowane było całe może życie, praca. Dializy odbywały się trzy razy w tygodniu po ok. 4 godziny. To życie, że świadomością, że człowiek jest uzależniony od maszyny. Wszelkie wyjazdy, wakacje w zasadzie nie wchodziły w grę. Oczywiście można było szukać w pobliżu miejsca zakwaterowania, stacji dializ, ale to również wiązało się w podporządkowaniem wypoczynku do leczenia - opowiada pani Agnieszka.
Ponieważ jej nazwisko widniało na liście osób oczekujących na nerkę, torba do szpitala czekała spakowana - a w zasadzie już lekko rozpakowana - od kilku lat. Z czasem, nie traciła nadziei, ale kolejne miesiące a nawet lata, bez telefonu z kliniki uśpiły nieco czujność. I tak 6 grudnia 2025 roku o godz. 5.20 zadzwonił telefon z Wrocławia. Trzeba było działać szybko...
- Im dłużej jest człowiek dializowany, tym bardziej ten przeszczep się oddala. Bo trzeba bardzo na siebie uważać, uwarunkowane jest to dobrymi wynikami, brakiem infekcji. Trzeba być w dobrej kondycji zwłaszcza, kiedy ten telefon zadzwoni... Ja otrzymała drugie życie. Taki prezent na Mikołajki. Radość ogromna mieszała się ze strachem i lękiem o powodzenie zabiegu, żeby nie było żadnych komplikacji, żeby organ się przyjął - dodaje.
Jeszcze tego samego dnia o godz. 17.00 trafiła na blok operacyjny. Przeszczep trwał ok. 3 godzin. W szpitalu spędziła dwa tygodnie, a przez następne dwa miesiące w izolacji, ale już w warunkach domowych, jeżdżąc na kontrole. Choć jeszcze trudno mówić o pełnym powodzeniu tego zabiegu, pani Agnieszka cieszy się każdą chwilą i komfortem życia bez dializ.
- Niestety po przeszczepieni ujawniły się wirusy, na które nie ma leków. Jestem pod stałą kontrolą lekarzy. Już do końca życia będę przyjmować leki immunosupresyjne (stosowane są w transplantologii w celu zapobieganiu odrzucenia przeszczepu). Fizycznie czuję się bardzo dobrze. Jest ogólne osłabienie, ale jestem dobrej myśli i mama nadzieję, że nie dojdzie do odrzutu. Zaraz po przeszczepie powiedziałam sobie, że nie pozwolę sobie tej nerki odebrać. Nie oddam nikomu tego daru, który otrzymałam od drugiego człowieka, dzięki bardzo trudnej decyzji jego bliskich. Jestem za to ogromnie wdzięczna, bo to dar życia. Wiem, że moim dobrodziejem był 60-letni mężczyzna. Choć ta decyzja rodziny na pewno była bardzo obciążająca i fizycznie i psychicznie, bardzo im za to dziękuję. Modlę się każdego dnia za dawcę, jak również jego rodzinę, która pozwoliła na pobranie narządu. W ten sposób ocalili jakąś cząstkę bliskiej osoby, którą stracili. Dla mnie to nowe życie bez dializ, co doceniam każdego dnia. Mogę się tylko domyśleć, jak trudny to był moment, ale z nadzieją patrzę w przyszłość i zachęcam wszystkich, by nawet za życia deklarować taką ewentualność oddawania narządów, bo to jest niesamowita rzecz w obliczu śmierci uratować komuś życie - mówi pani Agnieszka.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze