Czy do tej tragedii musiało dojść? Zawiódł człowiek czy być może procedury? Odpowiedzi na pytania, próbuje znaleźć świętokrzyska policja, która wykonuje czynności, na zlecenie Prokuratury Rejonowej w Starachowicach. W jaki sposób doszło do zdarzenia i co było bezpośrednią przyczyną śmierci?
- Z naszych wstępnych ustaleń wynika, iż na terenie gminy Bodzentyn, w kompleksie leśnym w pobliżu Siekierna, pracowało dwóch mężczyzn, którzy tego dnia wycinali drzewo - relacjonował st.sierż. Karol Macek, oficer prasowy Komendy Miejskiej Policji w Kielcach.
– 37-letni mieszkaniec gminy Pawłów w powiecie starachowickim, a także 41-latek, mieszkaniec powiatu kieleckiego. 37-latek był pilarzem, starszy z mężczyzn pełnił rolę kierowcy, który wywoził ścięte drzewo w wyznaczone do tego miejsce składowania, przystosowane zarówno do rozładunku, jak i załadunku. W pewnym momencie 41-latek, który kierował traktorem odjechał na miejsce składowania. Po kilku chwilach, do mężczyzny przyszedł grzybiarz. Twierdził, że prawdopodobnie drzewo przygniotło człowieka - dodał.
Na pomoc było za późno
Obaj udali się pod wskazane przez grzybiarza miejsce. – Kiedy dotarli na miejsce, okazało się, iż faktycznie, 37-latek leżał na ziemi. Natychmiast powiadomiono zespół ratownictwa medycznego. By ratownicy nie błądzili, grzybiarz i 41-letni pracownik, zabrali poszkodowanego na pokład ciągnika. Pilarz był nieprzytomny. Mężczyźni przywieźli go, do drogi głównej i przekazali pogotowiu ratunkowemu. Pomimo udzielonej pomocy, życia człowieka nie udało się uratować. Lekarz stwierdził zgon – zaznaczył st.sierż. Macek.
Tragiczna informacja trafiła do policjantów. Śledczy szybko ustalili, że zarówno 37- jak i 41-latkowie byli zatrudnieni w jednej z firm z województwa świętokrzyskiego, która wykonywała usługi leśne, na rzecz Nadleśnictwa Suchedniów.
– O zdarzeniu została powiadomiona Prokuratura Rejonowa w Starachowicach. Policjanci zabezpieczyli miejsce tragedii, dokonali oględzin, zabezpieczali ślady. – Wstępnie, możemy mówić o tragicznym w skutkach, wypadku losowym. O tym, co się stało powiadomiona została również Państwowa Inspekcja Pracy, która z pewnością prowadzić będzie odrębne postępowanie w tej sprawie. Sprawdzi czy wszystkie, stosowne procedury w czasie takich prac były zachowane. Oczywiście naszą rolą jest ścisła współpraca z tą instytucją - dodał.
Prokuratura wydała postanowienie o wszczęciu śledztwa, zmierzającego w kierunku nieumyślnego spowodowania śmierci, zagrożonego karą pozbawienia wolności od 3 miesięcy do 5 lat. Do późnych godzin wieczornych, na miejscu zdarzenia, trwała rekonstrukcja wypadku.
Nadleśniczy: to doświadczona firma
- Z naszych informacji wynika, że doszło do nieszczęśliwego wypadku – mówił w rozmowie z TYGODNIK-iem Piotr Fitas, nadleśniczy Nadleśnictwa Suchedniów, który również znalazł się w miejscu, gdzie drzewo przygniotło człowieka.
– Na tym etapie nie czuję się uprawniony do tego, by przekazywać prasie jakiekolwiek informacje na ten temat. Z mojej strony byłoby to nierzetelne działanie. Jeśli policja przekazuje takie informacje, że drugi z mężczyzn, 41-latek nie był bezpośrednio świadkiem wypadku, nie pozostaje mi nic innego, jak tylko potwierdzić taką wersję. Mogę ją tylko powtórzyć. Tak wynika z jego relacji – dodaje.
Firma, w której zatrudniony był 37-letni mieszkaniec powiatu starachowickiego w branży drzewnej działa od lat. – To doświadczone przedsiębiorstwo. Dziś bez cienia wątpliwości, mogę stwierdzić, że nie było niefachowości w samym sposobie prowadzenia prac, wycinki drzewa. Właścicielem firmy jest osoba posiadająca odpowiednie kwalifikację, wiedzę, doświadczenie i co ważne wykształcenie kierunkowe. To firma, zatrudniająca wielu pracowników. Swoją siedzibę ma w Michniowie (gm. Suchedniów). W styczniu 2016 r. wyłoniona została w drodze przetargu, na realizację usług leśnych na terenie Nadleśnictwa Suchedniów. Zapewnia kompleksowe wykonawstwo. Okoliczności wypadku badają policja i prokuratura – przyznał nadleśniczy Fitas.
Właściciel firmy: solidny pracownik
Właściciel firmy, w której zatrudniony był 37-latek, nie ukrywa smutku, po tym co wydarzyło się. - To wielka tragedia, przede wszystkim dla rodziny naszego pracownika – mówi dla TYGODNIK-a. - Znaliśmy się od dłuższego czasu. Był bardzo solidnym i rzetelnym pracownikiem. Nigdy nie zaniedbywał swoich obowiązków. Informacja o jego śmierci była dla mnie szokiem – tłumaczył w miniona środę.
- Utrzymywaliśmy ze sobą bardzo dobre relacje na linii pracownik - pracodawca. Swoje obowiązki wykonywał rzetelnie. Z przerwami pracował w mojej firmie od 2014 r. Od tamtego czasu minęły już ponad 3 lata. Dla mnie to druga taka sytuacja w firmie, natomiast pierwsza jeśli chodzi o wypadek ze skutkiem śmiertelnym. W poprzednim przypadku człowiek przeżył. Z mojej strony zrobię wszystko, by pomóc rodzinie zmarłego. Postaram się pomóc załatwić rentę dla jego dzieci i odszkodowanie. Nie wiem jak ZUS na to zareaguje. Dzieci, z tytułu tego, co się stało powinny mieć zabezpieczenie finansowe. Jednak ich ojcu życia i tak mu już nic nie przywróci... - podkreśla właściciel przedsiębiorstwa.
I zwraca uwagę na to, jak niebezpieczna jest to praca. - Wchodząc do lasu nie każdy ma świadomość, jakie niebezpieczeństwa niesie za sobą wycinka drzewa. Trzeba mieć oczy dookoła głowy - kończy.
Mówi dla TYGODNIK-a
DANIEL PROKOPOWICZ, RZECZNIK PRASOWY PROKURATURY OKRĘGOWEJ W KIELCACH: - Śledztwo w tej sprawie wszczęła Prokuratura Rejonowa w Starachowicach, która jest gospodarzem postępowania. Wyjaśniamy dokładne okoliczności zdarzenia, do jakiego doszło na terenie gminy Bodzentyn. Czekamy na wstępne wyniki sekcji zwłok.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze