Personel szpitala walczy o pracę i odszkodowania

flash Starachowice

W ub. wtorek (14 lutego), w Sadzie Pracy w Starachowicach rozpoczął się proces o przywrócenie do pracy osób zwolnionych po głośnym medialnie wydarzeniu, do którego doszło 2 listopada 2016 roku. O przywrócenie do pracy, a także zwrot kosztów procesu i wynagrodzenie za czas pozostawania bez pracy walczy przed sądem sześć położnych oraz dwóch lekarzy ginekologów.

Wnioski obrońców

– Rozwiązanie umowy bez wypowiedzenia w trybie art. 52 Kodeksu Pracy jest nieuzasadnione, niezgodne z prawem i nierzeczywiste, a wskazane powody zwolnienia wątpliwe i niekompletne – argumentowała Ewa Dzięcioł, pełnomocnik dwóch zwolnionych z pracy położnych.

– Przywrócenie do pracy jest konieczne. 2 listopada była pielęgniarka na oddziale położniczym. Nikt nie zlecał moim klientkom opieki nad pacjentką. Powódka leżała na oddziale patologii ciąży, który jest oddzielony od reszty oddziału klatką schodową, śluzem i korytarzem. Gdyby położna została poproszona o pomoc, na pewno by jej udzieliła.

Podobnego zdania byli pełnomocnicy pozostałych osób, które straciły zatrudnienie. Wszyscy wnioskowali o utajnienie procesu z uwagi na dobro oraz interes prywatny klientów.

– Z uwagi na moralność, ochronę życia prywatnego należy utajnić proces. Zachodzi tu konieczność roztrząsania bolesnych przeżyć związanych z narodzeniem martwego dziecka. Poza tym analizowane będą raporty, które mają niejawny charakter – argumentował Michał Jędrzejczyk. – Doszło do bezprecedensowego naruszenia przepisów prawa pracy. Pozwany szpital poddał się nagonce medialnej i zbyt pochopnie zwolnił z pracy osoby, chcąc w ten sposób zakończyć całą sprawę. Trzy z tych osób, to doświadczone położne z 30-letniem stażem pracy i doskonałą reputacją. PZOZ nie podał żadnych faktów ani związków przyczyno-skutkowych, które byłby udziałem tych osób.

Proces jawny

Mimo tych argumentów sąd nie przychylił się do wniosku o utajnienie rozprawy. Odbywała się ona przy udziale publiczności, wśród której oprócz mediów znalazła się prężna grupa pielęgniarek i położnych wspierających zwolnione koleżanki.

– Oddalam wniosek o utajnienie. To co się dzieje wokół tej sprawy ma wpływ na rodziny. Powódki mają prawo powiedzieć co się wówczas wydarzyło. Co się stało tego nie cofniemy. Prowadząc sprawę przy jawności można powiedzieć, jak było. Sąd nie może opierać się na opisach i doniesieniach internetowych – orzekł sędzia Jarosław Pniak, przewodniczący w rozprawie.

Bolesne wspomnienia

Podczas wtorkowej rozprawy w charakterze świadków zeznawali Izabela Zięba orz jej mąż Marcin. Powrót do bolesnych wydarzeń sprzed kilku miesięcy był nieunikniony. Kobieta jeszcze raz opowiedziała o tym, jak zgłosiła się do szpitala, kiedy nie wyczuwała ruchów dziecka.

– To było 1 listopada. Ponieważ było święto, stwierdzono, że poród będzie wywoływany następnego dnia, kiedy będzie pełna obsada. Zostałam położona na normalną salę. 2 listopada do południa nie działo się nic nadzwyczajnego. Dopiero po założeniu cewnika pojawiły się skurcze. Z czasem nasilały się coraz bardziej. Zlecono badanie KTG, ale pani doktor zapytała co mnie boli, bo urządzenie wskazywało, że nie mam skurczy.

Od godz. 14.00 do porodu było coraz gorzej. Mąż chodził do położnej, zgłaszał, że mam bóle parte, że odeszły mi wody, położna kazała czekać, że decyzje podejmuje pani doktor. Położna pytała prześmiewczo męża, czy mam rozwarcie? Ale nikt nie przyszedł do sali, by zobaczyć, jak sytuacja wygląda.

Jak już było po wszystkim, jak trzymałam dziecko na rękach, zleciało się nagle pięć osób w tym pani doktor. Mówiąc, że była czym innym zajęta, prosiła by zrozumieć całą sytuację, że stało się to w tak szybkim czasie, że nie mogli ogarnąć.

Ale mąż chodził kilka raz i zgłaszał – zeznawała kobieta, która ma żal do osób, które mogły jej pomóc, a nie zrobiły tego. – Kto  tego nie przeżył, nie wie, co znaczy stracić dziecko. A do tego rodzić w takich warunkach. Nie dziwię się, że osoby z takim podejściem zostały zwolnione. Czy słusznie tyle osób straciło pracę? Skoro dyrektor szpitala uznał je za winne całej sytuacji, to je zwolnił.

Co położna robiła na noworodkach, kiedy ja rodziłam? Mam żal do tej położonej i pani doktor, że skoro mogły mi pomóc, nie zrobiły tego. Co do innych zwolnionych osób nie mogę się wypowiadać, bo nie miałam z nimi styczności – mówiła kobieta, która nie kojarzyła twarzy czterech z sześciu położnych, były obecne w tym czasie.

Podobnie zeznawał mąż pani Izabeli.

– Kiedy żona miała skurcze co 3-5 minut powiadomiłem położną, kazała czekać. Za każdym razem, jak do niej chodziłem, tak mówiła. Prosiliśmy o coś przeciwbólowego, bo praktycznie żona krzyczała z bólu, położna powiedziała, że to pani doktor podejmuje decyzje, a poza tym w tym szpitalu nie stosuje się takich leków. Na pół godziny przed porodem nikt nie zajrzał nawet do sali. Byłem obecny przy porodzie, potem poszedłem powiedzieć, że żona urodziła. Wtedy przyszli. Wszyscy stali w drzwiach i patrzyli co się dzieje. Minęło kilka minut zanim wzięli dziecko od żony – wspomina M. Zięba.

Rozprawa odroczona

Na przesłuchaniach małżonków zakończono wtorkową rozprawę. Sąd odroczył postępowanie do 21 lutego. W charakterze świadków ma być przesłuchana m.in. dyrektor ds pielęgniarstwa. Sędzia odrzucił złożony przez obrońcę wniosek o zabezpieczenie roszczenia poprzez wydanie nakazu wstrzymania procedury konkursowej, jaką ogłosił dyrektor szpitala. Chodzi o obsadzenie wolnego stanowiska po zwolnieniu pielęgniarki oddziałowej. Zdaniem sądu, nie może on blokować świadczenia usług, a wydanie takiego nakazu mogłoby to utrudnić.

– Przy ewentualnym przywróceniu do pracy, sąd skutecznie zapewni powrót na dotychczasowe stanowisko – gwarantował sędzia Pniak.

 

Dodaj komentarz