Płonąca butla z gazem na środku jezdni!

Starachowice

TYGODNIK: Kilka minut po tym, jak otworzyła pani sklep pewnie nie spodziewała się, że tragedia może być tak blisko. Jak doszło do pożaru?

URSZULA, WŁAŚCICIELKA SKLEPU NA OS. MICHAŁÓW: – Temperatura w środku nie była zbyt wysoko, dlatego postanowiłam włączyć piecyk zasilany butlą z gazem. Ponieważ ta skończyła się, chciałam ją zmienić. Wiedziałam jak to się robi, choć zazwyczaj o zmianę butli proszę dostawcę. Tym razem nie chciałam czekać, poza tym zdawałam sobie sprawę, że zanim zadzwonię po niego, minie trochę czasu. Po podłączeniu nowej pojawił się płomień. W jednej chwili chwyciłam butlę i wyrzuciłam ją na zewnątrz, w odległości ok. 2 metrów od sklepu. Mężczyzna, który stał na przystanku autobusowym próbował odrzucić ją w inne miejsce. Nie dał rady, bo ta jeszcze paliła się.

Do tej pory było wszystko O.K. Nie było sytuacji, w której butla przy poprzednich wymianach zapaliła się.

Butla mogła w każdej chwili wybuchnąć, zanim jeszcze udało się pani wyrzucić ją na zewnątrz. Przez głowę nie przeszły myśli o zagrożeniu?

– Miałam obawę i strach. Zważywszy na fakt, że butla jeszcze się paliła. Doskonale zdawałam sobie sprawę, iż mam w rękach tykającą bombę, która w ułamku sekundy może wybuchnąć. Działałam pod wpływem emocji, impulsu. W wielu serwisach informacyjnych słyszy się jak niebezpieczne są takie przedmioty. Córka stała obok mnie. Moim zadaniem było pozbycie się butli jak najszybciej ze sklepu. Nie było to łatwe, bo była przymocowana do piecyka. Wiedziałam, że za chwilę może dojść do eksplozji. W takiej chwili człowiek raczej nie zastanawia się nad konsekwencjami. Do dziś, mimo że od zdarzenia minęło kilka dni, nie jestem w stanie powiedzieć, jak udało mi się ją wydostać.

Butla ostatecznie wylądowała na środku jezdni, blokując ruch w obu kierunkach.

– Chciałam zadzwonić od razu na straż, ale w nerwach i emocjach nie byłam w stanie nawet znaleźć telefonu komórkowego, który znajdował się w sklepie. Mężczyzna, który stał w pobliżu, chciał przerzucić butlę na drugą stronę ulicy, ale ta sztuka mu się nie powiodła. Wybiegaliśmy na ulicę i zatrzymaliśmy ruch, do momentu kiedy na miejscu pojawił się pierwszy, strażacki wóz. Wszystko działo się dynamicznie i niezwykle szybko. Myślałam tylko o jednym, zdając sobie sprawę, że jeśli butla dalej będzie się palić wysadzi sklep w powietrze. Nawet dziś dotarła do mnie informacja o eksplozji, w wyniku właśnie butli gazowej. Nie pomyślałam o tym, że w jednej chwili mogę stracić życie. Dzięki Bogu, że butla wypaliła się do końca, a nie wybuchła na środku ulicy. Strażacy schłodzili ją.

Nie obyło się bez przymusowej wizyty w szpitalu. Płomienie poparzyły pani rękę.

– W porównaniu do tego, co rzeczywiście mogło się stać, poparzona ręka (II stopień – przyp.red.) to nic. Najbardziej ucierpiała dłoń. Dopiero później, po kilku godzinach, kiedy emocje opadły uświadomiłam sobie co zrobiłam. Obrażeń nie biorę pod uwagę. Trzymałam w ręku tykającą bombę, ale szczęście że żyję i mogę rozmawiać z panem. Nawet nie chcę myśleć o konsekwencjach. W sklepie była jeszcze córka, która również mogła zginąć. Piecyk gazowy już wyrzuciłam. Teraz mam elektryczny. Do pracy wróciłam, ale na zmianę opatrunku muszę jeździć do szpitala.

Co było przyczyną pożaru?
Jak informuje PSP Starachowice, pożar butli pojawił się w momencie pęknięcia wężyka łączącego z nagrzewnicą. Działania strażaków (w akcji trwającej ok. 1,5 godziny brały udział trzy zastępy) polegały na zabezpieczeniu miejsca zdarzenia, podaniu jednego prądu wody na palącą się butle celem schłodzenia oraz monitorowaniu temperatury kamerą termowizyjną. Ta została przeniesiona w bezpieczne miejsce. Do przyjazdu przedstawiciela firmy gazowniczej, która była właścicielem miejsce zabezpieczała Ochotnicza Straż Pożarna z Michałowa.

 

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.