Dzikie psy sieją postrach w lesie?

flash Starachowice

– To nie są bezdomne, biegające samo pas psy, to horda dzikich zwierząt, przed którymi trzeba uciekać – nie ma wątpliwości przyrodnik i ornitolog, który w obawie o zdrowie i życie był zmuszony uchodzić z lasu czym prędzej.

Z problem, który wymaga pilnej interwencji zwrócił się do naszej redakcji Jacek Major, przyrodnik-ornitolog, który od jakiegoś czasu zajmuje się tropieniem wilków. Stąd nie dziwą jego częste wizyty w lesie. Podczas kolejnej wyprawy natknął się hordę dzikich psów, które – jak mówi grasują w lesie koło zakładów mięsnych w Starachowicach.

  • Osiem zdziczałych psów, dosłownie napadły na mnie. Choć nie boję się zwierząt, zagrożenie było bardzo realne. Dobrze, że miałem nieopodal lasu zaparkowany samochód, do którego zdążyłem uciec – opowiada zdarzenie z ubiegłego czwartku (4 października). – Jest teraz sezon grzybowy. Nie wyobrażam sobie, by ta sama horda psów spotkała starszą panią w lesie. Mogłoby dojść do tragedii. To nie są bezdomne, biegające samo pas psy, to zdziczałe zwierzęta, które rozmnażają się i mieszkają w lesie. Takie gdzieś porzucone, mieszkające kiedyś z ludźmi psy tak się nie zachowują. One raczej uciekają od ludzi a nie ich atakują. Również leśnicy mają obawy, tym bardziej, że nie można teraz do psów strzelać. Osobiście nie jestem za takim rozwiązaniem. Powinny zostać uruchomione specjalne służby, jeśli działający na zlecenie gminy rakarz sobie nie poradzi. Bo to jest naprawdę spore wyzwanie – przyznaje Jacek Major.

Jak słusznie zauważył, faktycznie nie ma już przepisów pozwalających na swobodny odstrzał przez myśliwych psów biegających w lesie. Obowiązujący art. 33a ust. 3 ustawy o ochronie zwierząt mówi wyłącznie o łapaniu wałęsających się psów. Jak się okazuje służby miejskie podejmowały już próby w tym zakresie.

  • Problem jest nam doskonale znany – przyznaje Waldemar Jakubowski, komendant Straży Miejskiej. – Naszym zadaniem jest reagowanie w przypadkach psów chorych, agresywnych czy potrąconych. A te psy nie są agresywne, tylko cwane. Nie mogę oczywiście za nie ręczyć, bo inaczej zachowują się pojedynczo a inaczej w grupie, ale życie w otoczeni zakładów mięsnych, gdzie są dokarmiane im sprzyja. One są bardzo nieufne, nie podchodzą do człowieka, dlatego trudno jest złapać na chwytak, z czym rakarz ma problem. Bo takie próby były już podejmowane. W grę wchodzi ewentualne uśpienie.

Dotychczas podejmowane przez służby miejskie działania okazały się mało skuteczne.

  • Udało się odłowić jednego psa, ale reszta pozostała – dodaje rewirowy SM Ireneusz Niewczas. – Konieczna byłaby wyspecjalizowana grupa, która z odległości uśpiłaby te psy.

W sprawę zaangażował się Dariusz Białoń, weterynarz, który przyznaje, że odłów był tam prowadzony wielokrotnie – do tej pory udało się trzy psy.

  • Odłów ze słabym skutkiem, gdyż tradycyjnymi metodami te psy nie dają się odłowić. Zastosowana była klatka-łapka, próbowaliśmy siatki z powietrza, jak również leki uspokajające, ale teren, na którym psy przebywają utrudnia ich wyłapanie. Problemem jest ich dokarmianie, wokół zakładu są nawet miski, dlatego one tam chętnie bywają. Rozwiązaniem byłby zastrzyk usypiający, ale brak broni palnej oraz osoby, która miałaby pozwolenie na jej użycie. Sprawy nie ułatwia fakt, że w stadzie jest suka, która mimo że ma właścicielkę, jest wypuszczana i przyczynia się do powiększania stada.  W najbliższym tygodniu będziemy podejmowali kolejną próbę z pomocą wyspecjalizowanego rakarza – deklaruje doktor Białoń.

 

ewan

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.