Wywiad na niedzielę. Miejsce na tronie zarezerwowane jest tylko dla niego

flash Sport


Nierealne, stało się realne. Coś fantastycznego – to słowa wypowiedziane na gorąco, tuż po zdobyciu przez pana złotego medalu w kat. 74 kg przez prezesa i założyciela starachowickiego Wikinga Tomasza Kołaczyńskiego. Na nagraniu, które biło i bije nadal rekordy oglądalności, prezes klubu, z którym znacie się doskonale nie dowierzał, w to co się wydarzyło.

J. OLECH, REPREZENTANT KLUBU SPORTÓW SIŁOWYCH I KULTURYSTYKI WIKING STARACHOWICE: – Życie, ponownie w tym roku napisało dla mnie świetny scenariusz. 16. raz z rzędu wywalczyłem złoty medal mistrzostw świata.

Jaka w kraju naszych południowych sąsiadów była recepta na sukces?

– Podstawa jak zwykle jest taka sama: ciężki i wymagający wielu poświęceń trening. A efekty przyszły kilka dni temu. Podczas każdego dawałem z siebie maxa. Minione miesiące nie były łatwe. MŚ to przecież dla mnie druga w tym roku, po zawodach The World Games we Wrocławiu impreza. Między wspomnianymi zawodami nie było dużej przerwy. Po złotym medalu z TWG trzeba było zapomnieć i wziąć się ostro do pracy. Najważniejsze było przygotowanie odpowiedniej formy, która miała eksplodować w Pilznie. To stało się faktem. Miałem świadomość, jak groźny będzie rywal z Rosji, który ostatecznie zakończył rywalizację na najniższym stopniu podium. Z dyspozycją było O.K. Jedyne czego zabrakło, to dosiadu, który sędziowie spalili. W innej sytuacji, dziś mówilibyśmy o rekordzie świata.

W którym momencie czuł pan, że szesnasty, złoty skalp jest tak blisko?

– Ważny był pierwszy bój. Wiedziałem, że po przysiadzie ze sztangą jest dobrze. Wynik, jaki udało się osiągnąć w drugim boju – wyciskaniu sztangi leżąc nie tylko pewnie dla mnie, okazał się fajną niespodzianką. Wszystkie trzy próby zostały zaliczone. Po drugiej próbie w trzecim boju – martwym ciągu – byłem już niemal pewien, że sięgnę po medal z najcenniejszego kruszcu. Decyzja mogła być tylko jedna: próba pobicia rekordu świata. Wyszło kapitalnie. Kiedy oderwałem sztangę od pomostu, nie przypuszczałem, że jest to takie lekkie. Super, że na dobrym występie, udało się postawić kropkę nad i, w postaci rekordu świata. Polowałem na niego od 4 lat, od 2013 r.

Co smakuje lepiej: złoto czy rekord świata?

– Złoty medal zawsze smakował wyjątkowo, i tak będzie tym razem. Zawsze, kiedy rozpoczynam każde zawody skupiam się tylko i wyłącznie na tym. Na rekord świata składa się mnóstwo czynników. Miałem cichą nadzieję na poprawienie tego wyniku w martwym ciągu, który przez sześć ostatnich lat należał do Rosjanina. Byłem bardzo zadowolony.

Podczas wrocławskich The World Games poprzeczka była zawieszona wyżej? Można porównać tamte zawody, do mistrzostw świata czy raczej nie jest to możliwe?

– Łatwo nie było ani w stolicy Dolnego Śląska, ani w Czechach. W Polsce miałem silną konkurencję ze strony Ukraińców. MŚ były bardziej przewidywalne. Dlaczego? W TWG ciężary przeliczane są na punkty, które wraz ze sztabem szkoleniowym musieliśmy kontrolować. Z 10 kg robiło się 7-8 punktów. W MŚ, akurat pod tym względem jest znacznie prościej. Patrzymy na tablicę z wynikami, na której mamy czarno na białym. Widać kto prowadzi. Dla trenerów to łatwiejsze zadanie. Podczas MŚ znamy zawodników, którzy mogą okazać się najgroźniejszymi konkurentami do 1. miejsca. Warto pamiętać o tym, że w TWG dwie kategorie wagowe były połączone. Kazach, który w MŚ był drugi, w ciągu kilku miesięcy jakie minęły od zakończenia zawodów we Wrocławiu, poprawił się o ok. 15 kg. Okazał się nieprzewidywalnym rywalem. Za rok trzeba będzie na niego uważać.

Zawodnicy startujący w kat. 74 kg, przyzwyczaili się, że miejsce na tronie zarezerwowane jest dla jednej osoby z Polski. To, że na podium znaleźli się reprezentanci Kazachstanu i Rosji, stanowi dla pana niespodziankę?

– W gronie kandydatów do uplasowania się na podium wymieniało się wspomnianą dwójkę, a także Ukraińca. Bardziej obawiałem się Rosjanina. Jak się okazało ograł go jeszcze Kazach. W moim przypadku liczyło się przede wszystkim to, by zaliczyć każde z podejść. Na 9 prób, 8 było znakomitych, co bez wątpienia jest powodem do zadowolenia. Szczęście to jedno. Drugie to dyspozycja, którą musieliśmy wykuwać praktycznie od kwietnia. Plan był taki, by wypaść jak najlepiej podczas TWG, później tylko podtrzymać formę. Wiem jak wiele pracy mnie to kosztowało. Najważniejsze, że się udało.

We Wrocławiu wspierała pana liczna grupa kibiców. W Pilznie było podobnie, gdzie na trybunach nie brakowało biało-czerwonej flagi z napisem „Starachowice”.

– Warto docenić tych, którzy tego dnia byli blisko mnie. Jak zwykle nie mogło zabraknąć prezesa Wikinga Tomasza Kołaczyńskiego, trenera Arkadiusza Staszewskiego i wielu innych osób, które mocno ściskały za mnie kciuki. Jestem im za to wdzięczny. Są ze mną. Dziękuję im za to, że wspierają mnie od początku do końca. Podziękowania należą się również mojemu sponsorowi, starachowickiej firmie Per Eko, dzięki której takie rezultaty są możliwe.

Jakie to uczucie, kiedy trzeba wejść na pomost po raz ostatni, mając już pełną świadomość, że złoto jest na wyciągnięcie ręki?

– Uwaga skupia się tylko i wyłącznie na ciężarze. Presja jest spora, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę, ile osób pokonało wiele kilometrów by obejrzeć mój występ. Trzeba sobie z tym poradzić. Wychodząc na pomost, skupiam się tylko i wyłącznie na tym, by wykonać swoją pracę najlepiej jak potrafię. Po to są treningi, by wyeliminować błędy i nie powielać ich na zawodach. Trzeba być skupionym na tym, co się robi.

Po niewątpliwie ogromnym sukcesie w MŚ, Jarosław Olech ponownie będzie rozchwytywany.

– Do końca roku czeka mnie roztrenowanie. Organizm potrzebować będzie odpoczynku. A spotkania? To miłe, że ktoś docenia to, co robię.

 

Czy wiesz, że…
Podczas mistrzostw świata, Jarosław Olech, w trójboju uzyskał wynik 908 kg. W przysiadzie ze sztangą 360 kg, w wyciskaniu sztangi leżąc 220 kg, a w martwym ciągu poprawił rekord świata uzyskując 328 kg. Drugie miejsce zajął Kazach Andriej Prokopenko (łączny wynik 882,5 kg), a trzeci był Rosjanin Siergiej Gajsziniec (865 kg). W gronie 16 uczestników kategorii 74 kg, najstarszym był Japończyk Hamada (48 lat). Jarosław Olech był w tej klasyfikacji drugi. Złoto zdobył mając 43 lata. Reszta zawodników była dużo młodsza od wspomnianej dwójki. Srebrny Prokopenko ma 29 lat, a brązowy Rosjanin jest 31-latkiem.

Rozmawiał Rafał Roman

1 Komentarz dla “Wywiad na niedzielę. Miejsce na tronie zarezerwowane jest tylko dla niego

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.