Wchodząc na stadion olimpijski czułem dreszcz emocji

Sport

– Z jednej strony była to wielka podróż w nieznane, z drugiej wspaniała przygoda, której nie zapomnę do końca życia – wspomina w rozmowie z TYGODNIK-iem Wojciech Karkusiewicz, przed laty zawodnik starachowickiego Świtu, który walczył o medal podczas letnich Igrzysk Olimpijskich w Seulu w 1988 r. Jak wspomina start w najważniejszej w swojej przygodzie ze strzelectwem imprezie i dlaczego zakochał się w Azji?

TYGODNIK: Ilekroć, niemal za każdym razem przy okazji rozpoczęcia letnich Igrzysk Olimpijskich wraca pan pamięcią wstecz, łezka w oku pewnie się kręci. Od pana udziału w imprezie minęło blisko 30 lat…

W. KARKUSIEWICZ, UCZESTNIK IGRZYSK OLIMPIJSKICH W SEULU: – Jak widać czas leci szybko i nieubłaganie (śmiech). Człowiek z roku na rok staje się coraz starszy, bardziej doświadczony życiowo. IO w Seulu to dla mnie dość odległy okres. Nawet najstarsi górale tego nie pamiętają. Z występu pozostały nie tylko wspomnienia, ale także archiwalne zdjęcia. Móc uczestniczyć w takim święcie, to wielka sprawa. Nie tylko dla każdego sportowca, ale także dla dziennikarzy, kibiców, ekspertów, komentatorów. To przeżycie jedyne w swoim rodzaju. Z niczym nie jestem w stanie go porównać. Coś czego się nie zapomina. Ktoś kto był na Igrzyskach Olimpijskich ma masę wspomnień. Oczywiście, nie każdy ma taką możliwość. Nie każdy może się na nie zakwalifikować.

Dzięki IO w 1988 r. stał się pan bogatszy życiowo?

– Z pewnością. Jak każde wielkie, zawody w jakich brałem udziałem przeżywa się na swój sposób. Ja akurat znalazłem się w gronie tych sportowców, którym dane było pojechać na Igrzyska. Prócz talentu, trzeba mieć jednak sporo szczęścia, ale przede wszystkim skupić się na pracy i maksymalizować ją. A później sukces przychodzi sam. Pewnie łatwiej to powiedzieć niż wykonać, jednak taka jest rzeczywistość. Czymś niesamowitym była ceremonia otwarcia IO i wejście na płytę stadionu. Na trybunach siedziało 60 tys. widzów i cały świat przed telewizorami. Każdy z uczestników jest z tego dumny. Dreszczyk emocji był.

Ile czasu trzeba było poświęcić by wywalczyć najpierw przepustkę do Igrzysk?

– Ciężkie 4 lata. Cykl przygotowań trwa długo. Nie są to tylko i wyłącznie treningi. To głównie starty, które również dają odpowiedzi na mnóstwo pytań, dotyczących aktualnej dyspozycji. Wszystko, włącznie z życiem prywatnym musi być temu podporządkowane. W 1988 r. były zupełnie inne uwarunkowania geopolityczne. Za sportowców, decydował ktoś inny czy pojadą do Korei czy zostaną w domu. Rosyjscy lekkoatleci nie jadą do Rio na własne życzenie. Jestem przekonany, iż większość z nich wkrótce otrzyma paszport innych krajów, zmienią obywatelstwo i w kolejnych zawodach startować będą pod innym szyldem. Życie nie znosu pustki. Ktoś, kto całe swoje życie poświęcił na sport, dziś tak łatwo z niego nie zrezygnuje.

Pana udział w IO zakończył się na miejscu w drugiej dziesiątce. 15. lokatę w konkurencji strzelań do ruchomej tarczy dzika traktuje pan bardziej w kategorii sukcesu czy porażki?

– W tamtym czasie był to jeden z moich najsłabszych występów. Na taki wynik złożyło się kilka czynników. Życie napisało inny scenariusz niż zakładałem. Z czego wynikały problemy? Z aklimatyzacji raczej nie. Ze zmęczenia również. Czasami podczas zawodów jest tak, że wszystko musi zagrać. W moim przypadku było inaczej. Zawodnik, który jest „nastrzelany” wie doskonale jak działa karabin. Proces tego w jaki sposób pocisk trafia w tarczę trwa zaledwie ułamki sekund. Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, co było głównym, najbardziej brakującym elementem układanki.

Presja i oczekiwania były z pewnością spore?

– Oczywiście, ale uważam, że sam fakt, iż moje nazwisko znalazło się na liście jedynie 20 zawodników, którzy walczyli o medal już było dużym osiągnięciem. Każdy kontynent miał swojego przedstawiciela. Z Polski pojechało nas tylko dwóch. Dla sportowca ze Starachowic to duża sprawa. Po zakończeniu przygody ze sportem, musiałem znaleźć jakieś zajęcie. Wybrałem prowadzenie własnej działalności gospodarczej w Gdańsku. Dużo podróżuję po kraju, spełniam się zawodowo. Firma działa i oby było tak dalej.

Świt Starachowice za 4 lata doczeka się zawodniczki, która pojedzie na Igrzyska w Tokio?

– Wiem, że świetnie w tym klubie radzi sobie Agata Nowak. Szkoda, że na przestrzeni ostatnich miesięcy nie udało jej się wywalczyć przepustki do Brazylii, ale jest na najlepszej do tego drodze. To młoda osoba. Potrzebne są talent, praca i jeszcze raz praca.

W jednym z wywiadów powiedział pan, iż po wielkiej imprezie w Seulu, zakochał się pan w Azji. Dlaczego?

– Z wielkim sentymentem wspominam tamtejszą kuchnię, którą lubię i polecam wielu osobom. Byłem w wielu miejscach na świecie, np. hiszpańskiej Majorce, ale Azja jest dla mnie czymś wyjątkowym. Miłość do tego kontynentu pozostała do dziś. Podróżuję tam regularnie.

Czy wiesz, że…
Wojciech Karkusiewicz (ur. 19 lipca 1963 r. w Starachowicach) jest absolwentem Zespołu Szkół Zawodowych (mechanik automatyki przemysłowej, 1982). W latach 1977-1996 reprezentował barwy dwóch klubów: Świtu Starachowice i Floty Gdynia. Specjalizował się w strzelaniu do ruchomej tarczy z sylwetką dzika. W tej konkurencji startował na IO w Seulu w 1988 r., gdzie z dorobkiem 582 pkt. zajął 15. lokatę. Był 18-krotnym mistrzem Polski (tytuł ten wywalczył w l. 1980-1993). Ma na swoim koncie tytuł wicemistrza Europy (ruchoma tarcza 30+30 strzałów, 50 m ind., 1987 Lahti). Dwa razy sięgał po brąz ME (w 1984 w Budapeszcie, ruchoma tarcza 20+20 strzałów, 10 m – przebiegi mieszane druż. i w 1985 w Warnie, ruchoma tarcza 20+20 strzałów, 10 m – przebiegi mieszane druż.). Podopieczny trenerów: Tomasza Wadowskiego, Leszka Rosowskiego i Janusza Wróblewskiego.

 

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.