Orkiestra doktora Pawlińskiego

Kultura

Hitlerowscy okupanci, tłumiąc w sposób bezwzględny wszelkie wolnościowe działania w naszym kraju, pozwalali istnieć organizacjom charytatywnym, takim jak PCK, „Caritas” i Rada Główna Opiekuńcza (RGO). Zgadzali się na określonych warunkach także na istnienie i koncertowanie orkiestr.

W „Nowym Piśmie Starachowic” (numerze z 25 maja 1991 r.) znaleźliśmy na ten temat bardzo ciekawy artykuł dr Tadeusza Pawlińskiego, który w Starachowicach taką orkiestrę prowadził.

Pochodził on z Wielkopolski i kochał muzykę od najmłodszych lat. Już jako sześcioletni chłopiec ćwiczył grę na fortepianie. A gdy ukończył lat dwanaście postanowił zostać dyrygentem. Stawał przed dużym lustrem z pałeczką w ręce i dyrygował orkiestrą, której dzwięki dobywały się z odbiornika radiowego.

Śpiewał potem wespół z późniejszym profesorem Stuligroszem w chórze prowadzonym przez ks. Gieburowskiego. Należał do Chóru Filharmonicznego przy Operze Poznańskiej, którym dyrygował dr Latoszewski. Jako student rozpoczął przed wojną tworzenie własnych kompozycji. Ukończył studia wyższe. Zapowiadał się znakomicie.

We wrześniu 1939 roku, podczas bombardowania, stracił cały swój dorobek, a jako Polak z terenów włączonych do III Rzeszy Niemieckiej został zmuszony do tułaczki.

Do Starachowic przybył 15 października 1940 roku. Wśród osób, z którymi się tu zapoznał, byli państwo Kęszyccy. Od pierwszych chwil stali się jego bliskimi przyjaciółmi, tym bardziej, że również kochali muzykę. Henryk Kęszycki znakomicie grał na skrzypcach, a jego małżonka Jadwiga na fortepianie. Przed wojną grywali w starachowickim kinie, gdy film był niemy, i gdy trzeba było dać mu odpowiedni podkład muzyczny.

Tadeusz Pawliński poznał tu także innego, świetnego skrzypka – Stojewskiego, który dowiedział się o muzykowaniu w domu Kęszyckich i postanowił do nich dołączyć. Stworzyli w ten sposób „zarodek” kwartetu smyczkowego, który później został włączony do starachowickiej orkiestry symfonicznej, liczącej ponad czterdzieści osób.

Interesujace jest także to, w jaki sposób T. Pawliński stał się dyrygentem tej orkiestry.

Z jego wspomnień wynika, że sprawił to przypadek. Gdy pewnego dnia w początkach 1943 roku przechodził obok stojącego w sąsiedztwie Starostwa budynku kina, usłyszał dobiegającą z jego wnętrza muzykę. Zaciekawiony wszedł na salę, w której właśnie ćwiczyła grupa instrumentalistów. Okazało się, że niemiecki starosta Grossberger zezwolił na reaktywowanie istniejącej przed wojną w Starachowicach orkiestry symfonicznej. Dlaczego? Być może chciał w ten sposób stworzyć zamieszkującym i zatrudnionym tu Niemcom i folksdojczom kulturalną rozrywkę, a wśród Polaków wywołać wrażenie normalności.

Dalsza rozmowa, w trakcie której T. Pawliński wykazał dużą znajomość terminów muzycznych i zasad prowadzenia orkiestry, sprawiła, że prowadzący zajęcia prof. Wiktor Bujak, prawdopodobnie folksdojcz, zaproponował mu dyrygenturę.

I w taki oto sposób spełniły się przedwojenne, młodzieńcze marzenia bohatera tego opowiadania.

– Dawaliśmy koncerty – napisał on w swych wspomnieniach – raz w miesiącu. Graliśmy utwory skomponowane przez Mozarta, Beethovena, Pucciniego, Straussa i innych. Ale nie mogliśmy włączyć do repertuaru dzieł polskich kompozytorów, gdyż było to surowo zakazane. Pieniądze zebrane od słuchaczy przekazywaliśmy miejscowemu kierownictwu RGO. Służyły one zaspokajaniu potrzeb głodującej ludności, w tym przesiedleńców. W ciągu dwóch kolejnych lat tak lawirowaliśmy – stwierdził, że ani raz nie musieliśmy grać dla funkcjonariuszy władz okupacyjnych.

Publikacja styczeń 2013r.

 

Aleksander Pawelec

Dodaj komentarz