starachowice
home
RSS

Słyszałem głos ofiary, a później była tylko cisza…

  • Napisany przez:
  • Skomentuj

Był świadkiem wypadku z początku maja ub. roku, gdy na trasie między Starachowicami, a Tychowem pod kołami samochodu dostawczego zginął mężczyzna. W minionym tygodniu sąd przesłuchiwał osoby, które były na miejscu wypadku.…

Jedną z pierwszych osób, jakie dotarły na miejsce wypadku był strażak, obecnie dowódca jednostki ratowniczo-gaśniczej w Starachowicach.

– W godzinach porannych otrzymaliśmy informację o zdarzeniu drogowym na trasie Starachowice-Tychów Stary. Pojechaliśmy na 2 zastępy – mówił 18 października podczas rozprawy.

– Na jezdni porozrzucany był węgiel, samochód znajdował się po prawej stronie. Ktoś stał z tyłu. Zapytałem się tej osoby, co się stało. Drugi z pojazdów początkowo nie był widoczny. Świadkowie powiedzieli nam, że pod jednym z aut znajduje się człowiek. Przystąpiliśmy do działań ratowniczych. W ich końcowej fazie, podjeżdżało pogotowie. Osobę udało się wyciągnąć, lekarz stwierdził jednak zgon. Na miejscu było widać zadymienie spod maski, ale przyczyn nie ustalaliśmy – dodał.

W pierwszej fazie akcji, kiedy strażacy jechali na sygnałach, nie mieli wiedzy o osobie poszkodowanej, która mogła nie przeżyć zdarzenia. – Nie zwracałem dokładnie uwagi na to, w jakim położeniu są oba samochody. Nasze działania skupiliśmy na ratowaniu ludzkiego życia. Zagadką było to, że jeden samochód znajdował się na poboczu, w miejscu wycinki drzew. Nie było jeszcze policji. Kierowca, dziś oskarżony, był w szoku. Na miejscu zjawiło się kilka osób, w tym ojciec oskarżonego, oraz syn zmarłego. Z oskarżonym rozmawiałem, ale nie pamiętam o czym – dodał.

Godz. 7.27

Jak ustalili śledczy z Prokuratury Rejonowej, ofiara tragicznego w skutkach zdarzenia miała po raz ostatni kontakt telefoniczny z sąsiadem.

– Rano szykowaliśmy się z mężem do pracy. Jako księgowa pomagałam w prowadzeniu księgowości, w firmie poszkodowanego. Mąż zatrudniony był u niego jako pracownik gospodarczy – zeznawała 59-latka. – 6 maja 2016 r. o godz. 7.27 zadzwonił telefon męża. Słyszałam jak pytał: Grzesiu, co ci potrzeba? Co ci przywieźć? Trwało to kilka sekund. Rozmowa została przerwana. Mąż stwierdził, iż słyszał trzask i stuki, tak jakby ktoś chodził. Byliśmy gotowi do wyjazdu. Próbował się do niego dodzwonić. Powiedział, że jedziemy do Starachowic. Nie wiedział co się stało i w którym miejscu ofiarę wypadku mogły spotkać problemy z autem. Po 10 minutach jazdy, w połowie lasu zauważyliśmy 2 samochody, które były po wypadku. Poznaliśmy jeden z nich. Było to auto pana Grzegorza – relacjonowała.

Kobieta opowiadała, jak przed miejscem wypadku stał samochód osobowy. – Mężczyzna powiedział, że był świadkiem, wypadek widział z daleka. Zapytałam czy wezwano służby, ale na miejscu nie było jeszcze nikogo ze straży, policji czy pogotowia. Mąż poszedł szukać Grzegorza. Kiedy wrócił, stwierdził, że najprawdopodobniej nie żyje. Od strony Starachowic nadjeżdżały już karetki. Wsiedliśmy do samochodu i odjechaliśmy, by nie przeszkadzać. Po drugiej stronie wypadku stał mężczyzna i osobówka, w której ktoś siedział. Jeden z mężczyzn miał zakrwawione czoło. Okazało się, iż był to kierowca drugiego pojazdu – dodała.

Jeden z policjantów, kiedy strażakom udało się wydobyć ciało, poprosił męża księgowej o zidentyfikowanie zwłok. – Na miejscu byliśmy ok. 2 godzin. Pytałam kto pojedzie zawiadomić żonę o tragedii. Nie chciałam by była sama – mówiła.

– Po oskarżonym widać było, że jest zdenerwowany, ale przytomny. Rozmawiał z mężczyzną, który siedział we wspomnianym aucie. Dopiero później, mąż wytłumaczył mi, że był to ojciec oskarżonego. Samochód ofiary wypadku na pewno nie był wcześniej uszkodzony, nie brał udziału w żadnym wypadku, bo pewnie gdyby tak było, szkodę zgłoszono by do OC.

 

Dostawczy samochód, po oględzinach i pobycie na policyjnym parkingu, wrócił do rodziny ofiary. – Któregoś dnia zauważyłam, że z garażu na posesji do którego go wprowadzono, wydobywa się dym. Sprawdziłam co się stało. Syn ofiary wraz ze znajomym mechanikiem powiedzieli mi, że podłączono akumulator, zaświeciły się światła postojowe, wydobywał się dym spod maski. Najprawdopodobniej na gorącym silniku przypalił się olej. Powiedziałam im, by nic nie robili przy aucie, dopóki policja i prokuratura wyjaśniają okoliczności wypadku – zaznaczyła.

Halo, co się stało?

Na pytania stron odpowiadał również mąż zeznającej wcześniej kobiety, sąsiad ofiary, który w jego firmie wykonywał prace porządkowe.

– W dniu tragedii, miałem kosić trawę. Rano odebrałem kosę spalinową, która dzień wcześniej była niesprawna – powiedział 63-latek. – Byłem zapakowany do wyjazdu, kiedy zadzwonił do mnie pan Grzegorz. Zapytał: wyjechałeś już z posesji? Odpowiedziałem: nie. Powiedział: przywieź mi… Na tym rozmowa się zakończyła. Później słyszałem tylko trzask i dźwięk, tak jakby kilka osób biegało po drodze. Zapytałem raz jeszcze: co ci przywieźć? Odpowiedzi nie było. Jedynie cisza leśna, szum drzew i odgłosy przejeżdżających samochodów. Pomyślałem, że upadł mu telefon. Nie wiedziałem, że miał awarię. Nie słyszałem dźwięku zamykanej maski albo drzwi. Zakładem, że jadąc do Starachowic z żoną spotkamy go na drodze. Po 8 minutach byłem na miejscu – dodał.

Mężczyzna – jak przyznał – zauważył pojazd z żółtą plandeką. – Pobiegłem do niego z nadzieją, że jest tan Grzegorz. Nie było go. Widziałem stłuczoną szybę, wgniecenie na masce, których wcześniej nie było, bowiem rano wiedziałem samochód jak stał na posesji. Na poboczu stał samochód osobowy i człowiek, którego zapytałem gdzie jest kierowca. Powiedział, że poszedł w stronę Starachowic. Chodziło o ofiarę wypadku. Młody człowiek miał zakrwawioną głowę. W pewnym momencie dogonił mnie i palcem wskazał miejsce, gdzie było ciało. Spod lewego koła wystawał tylko but. Krzyczałem: ratunku! Pobiegłem do żony i powiedziałem jej o wszystkim. Po przyjeździe służb byłem w szoku – stwierdził.

63-latek tłumaczył, że nie widział, by auto ofiary miało kontakt z drzewem. – Było po wycince, czysto. Grzegorz nie zdążył mi powiedzieć, jaką miał awarię w swoim pojeździe. Wcześniej jego samochód nie był uszkodzony. Na miejscu zdarzenia nie wydobywał się dym, silnik był wyłączony – wyjaśnił.

Mężczyzna zapytany przez policjanta, czy był świadkiem wypadku odpowiedział wówczas: nie. Choć dziś mówi inaczej.

– Byłem przy tym, co się stało, więc można przyjąć, że jestem świadkiem. Nie jestem zimnym draniem, by na chłodno kalkulować, co mogło się wydarzyć. Byłem roztrzęsiony. Po rozmowie z zakrwawionym człowiekiem, zadzwoniłem do kontrahenta Grzegorza, do którego miał tego dnia jechać i powiedziałem, że nie będzie to możliwe. Ile było służb na miejscu i która z nich pojawiła się pierwsza? Nie pamiętam. Widziałem jak pokrzywdzony był wydobywany przez strażaków przy pomocy specjalistycznego sprzętu – podnośnika hydraulicznego. Przy samym wyciąganiu było 4 strażaków. Policjant pytał mnie czy znam ofiarę. Nie miałam co do tego żadnych wątpliwości. Wiem, że na miejscu zdarzenia, jeden z funkcjonariuszy znalazł telefon komórkowy – zakończył.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.

Protected with IP Blacklist CloudIP Blacklist Cloud

Paragraf

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5

Najnowsze

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5