starachowice
home
RSS

Kiedy samochód zbliżał się do torów, ogarnął mnie strach

  • Napisany przez:
  • Skomentuj

Wstrząsająca i mrożąca krew w żyłach, była relacja naocznego świadka katastrofy kolejowej (20 maja 2016 r., ok. godz. 13.50), na niestrzeżonym przejeździe w Stawie Kunowskim, w gminie Brody. – Czułem strach, kiedy zauważyłem jak ciężarówka wjeżdża pod pociąg. Nie mogłem w to uwierzyć – opowiadał podczas październikowej rozprawy w Sądzie Rejonowym w Starachowicach 41-latek. Na ławie oskarżonych zasiada kierowca pojazdu asenizacyjnego.…

Jednym ze świadków, który składał zeznania w sprawie poważnego wypadku, na niestrzeżonym przejeździe kolejowym w Stawie Kunowskim (gm. Brody), był funkcjonariusz policji, który tego dnia, wspólnie z kolegą pełnili służbę patrolową.

– Informację o tym, że stało się coś złego na przejeździe otrzymaliśmy od dyżurnego starachowickiej jednostki. Byliśmy szybko na miejscu zdarzenia – powiedział. – Lokomotywa i kilka wagonów znajdowały się poza torami. Kabina samochodu ciężarowego leżała w odległości ok. 100 metrów od miejsca, gdzie doszło do zderzenia. Obok niej leżeli dwaj mężczyźni. Udałem się do maszynisty pociągu, który nie wysiadał z lokomotywy, nad którą wisiały kable trakcji. Przyjechało pogotowie ratunkowe – dodał.

Policjant rozmawiał z maszynistą. – Z jego relacji wynikało, że widział jak w bliskiej odległości od przejazdu znajdował się pojazd ciężarowy. W pewnym momencie z niewiadomych przyczyn samochód ruszył do przodu i wjechał pod pociąg. Nie wiem czy maszynista mówił, że używał sygnalizacji dźwiękowej. Twierdził, że droga hamowania pociągu to kilkaset metrów, z uwagi na długość zestawu. Jego zdaniem nie było możliwości zahamowania składu przed samochodem – podkreślił.

Jak dodał, z oskarżonym dziś kierowcą był utrudniony kontakt. – Nie rozmawiałem z nim jak doszło do wypadku – zaznaczył.

Kabina w powietrzu

Bezpośrednim świadkiem katastrofy był 41-letni monter urządzeń chłodniczych. Mężczyzna kierował ciężarówką, która znajdowała się po drugiej stronie przejazdu. – Dojeżdżałem do przejazdu, kiedy zauważyłem samochód po przeciwnej stronie torów. Z mojej lewej strony nadjeżdżał pociąg. Jak się zatrzymałem, był w odległości ok. 50 m. Kiedy go zobaczyłem, stwierdziłem, że nie będę wjeżdżał na przejazd, bo nie zmieszczę się z drugą ciężarówką. Zatrzymałem się przed znakiem „stop”. Nie miałem zamiaru wjeżdżać na tory. Spoglądałem na pociąg i ciężarówkę. Ogarnął mnie strach, kiedy zobaczyłem, że oskarżony swoją ciężarówką powoli wjeżdża na przejazd. Pociąg był wówczas w odległości ok. 7 metrów od ciężarówki. Kierowcy nie widziałem. Potem był tylko huk  – stwierdził.

Świadek jechał renault z piaskowni w Brodach.  – Ten przejazd nie miał zapór, ani sygnalizacji świetlnej. Pojazd asenizacyjny miałem w zasięgu wzroku. W momencie kiedy doszło do zderzenia, kabina odleciała, a wypadł z niej mężczyzna. Po chwili znalazła się na ziemi. Mężczyzna był przytłumiony. Nie wiedział jednak, w jaki sposób wjechał pod pociąg. Był przytomny, cały we krwi. Drugi mężczyzna znajdował się w bliskiej odległości. W górę wyleciał również silnik. Z tego co pamiętam, kierowcą był młodszy z mężczyzn. Sygnału dźwiękowego z lokomotywy nie słyszałem. Nie wiem czy maszynista używał go – mówił w sądzie.

41-latek do dziś nadal jeździ tą drogą, pokonując przejazd kolejowy. – Od tragedii zostały zrobione jedynie progi zwalniające. Jakie warunki atmosferyczne panowały wtedy? Było widno. W okolicach przejazdu znajdowały się krzaki, które później wycięto. Według mnie ani ciężarówka, ani pociąg nie jechały szybko, tym bardziej, iż szambiarka musiała zwolnić przed zakrętem. Pociąg mógł jechać z prędkością ok. 40-50 km/h, ale tego nie jestem pewien. Słychać było tylko pisk kół i szyn. Dźwięk uderzenia był spory – opisywał.

Rozbieżność co do wartości szkody

Na pytania obrońcy oskarżonego o spowodowanie katastrofy kolejowej, opowiadał radca prawny PKP Polskich Linii Kolejowych S.A. Był pełnomocnikiem strony pokrzywdzonej. Jego zeznania, składane w postępowaniu prokuratorskim, dotyczyły wysokości strat, jakie poniosła spółka w związku z tym zdarzeniem. Oszacowano je na ponad 500 tys. zł (m.in. 65 tys. naprawa trakcji, ponad 67 tys. naprawa torów kolejowych, ok. 367 tys. roboty naprawcze).

– Ubezpieczyciel wypłacił nam jedynie ponad 340 tys. zł mimo, iż szkoda według nas była znacznie wyższa. W lutym br. ten sam ubezpieczyciel wypłacił kolejne 22 tys. zł tytułem odszkodowania. Od tamtej pory nie odzyskaliśmy nic więcej – powiedział radca prawny. – Do zapłaty pozostała jeszcze różnica, a zatem ponad 223 tys. Łącznie odzyskaliśmy ponad 300 tys. zł. Ubezpieczyciel nie kwestionował wysokości szkody – dodał.

Wartość wyceniona przez PKP to jedno, drugie to kwota jaka znalazła się w przygotowanej na zlecenie prokuratury opinii biegłego. A ta, jak się okazuje jest znacznie niższa. Z czego to wynika? – Różnice wynikają z okoliczności szkody, różnej oceny danego zdarzenia, warunków pogodowych czy też podmiotów, które zajmują się likwidowaniem szkód po wypadku – przyznał radca.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.

Protected with IP Blacklist CloudIP Blacklist Cloud

Paragraf

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5

Najnowsze

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5