Życie w warunkach wojny i okupacji

Historia

W kolejne rocznice wybuchu drugiej wojny światowej zwykliśmy pisać o bohaterskiej obronie miasta, o późniejszym ruchu oporu i krwawych odwetach okupanta, który wprowadził drakońskie prawo odpowiedzialności zbiorowej. Za śmierć jednego żołnierza niemieckiego płaciło życiem kilkadziesiąt niewinnych ludzi.

W tym odcinku przypomnienie, że w czasie wojny walczono także o przeżycie. Przypomnienie głodu i chorobach, które wyniszczyły więcej istnień ludzkich niż plutony egzekucyjne. Codziennie w kierunku cmentarzy szły kondukty pogrzebowe. Niesiono trumny duże i małe, bo zarówno dorosłym, jak i dzieciom przyszło żyć w takich samych warunkach. Gubernator Hans Frank już na początku swego urzędowania oznajmił, że ceny mają być takie jak przed wojną. A wobec tego i zarobki pozostały na podobnym poziomie.

Jako chłopak nie zdawałem sobie wówczas sprawy z wielu rzeczy. Ale rzeczywistość była straszna.

Wprowadzono racjonowanie żywności. Osoba dorosła i pracująca mogła kupić dziennie na kartę 30 deko chleba, członek jej rodziny 15 deko. Znikome pozostawały przydziały cukru, mąki i tłuszczów. Ilość mięsa, jaką przewidziano na zaopatrzenie rodziny w tygodniu, to tylko 50 deko.

Były to pod względem objętościowym i kalorycznym ilości daleko nie wystarczające, tym bardziej, że już pierwsza okupacyjna zima okazała się niezwykle surowa. Okolicę pokryły wielkie śniegi, a temperatury spadały poniżej 30 stopni Celsjusza. Głód, wyziębienie oraz warunki sanitarne, jako że brakowało także mydła, stały się przyczyną masowych zgonów na zapalenie płuc, tyfus i głodowe wyniszczenie organizmu.

Ktoś pomysłowy opracował recepturę na „sto potraw z ziemniaków”, bo one właśnie stały się podstawą codziennego menu. To, co można było nabyć na kartki starano się uzupełniać poprzez zakupy bezpośrednio u rolników albo pośredników – paskarzy. Ale przy tego rodzaju zaopatrzeniu trzeba było płacić parokrotnie więcej. Także ziemniaki, początkowo dość łatwe do nabycia, stały się z czasem luksusem. Ich metr kosztował przed wojną 14 złotych, a w lutym 1942 roku już 280 złotych. Jak długo musiał więc pracować robotnik zarabiający 80 groszy czy złotówkę na godzinę, aby zaopatrzyć rodzinę na zimę w same tylko ziemniaki… Za artykuły żywnościowe starano się płacić przedmiotami domowego użytku.

Przed starachowickim „Konsumem” przy ul. Tychowskiej ustawiały się długie kolejki. Bywało, że mocniejsi odpychali starych i małoletnich, bo głód był silniejszy od współczucia i litości.


W mym rodzinnym miasteczku Pilznie koło Dębicy przemysł nie istniał. Mieszkańcy zajmowali się uprawą posiadanych skrawków ziemi. Moja matka zarabiała na życie jako krawcowa. Ale mało kto zlecał jej usługi.

Mieszkańcy ubierali się w to, co mieli sprzed wojny. Toteż w naszym mieszkaniu panowała dotkliwa bieda.

Miało się okazać, że to najgorsze mamy jeszcze przed sobą. Gdy latem 1944 roku na linii Wisłoki zatrzymał się front wschodni, wszyscy mieszkańcy Pilzna zostali wysiedleni. Zamieszkaliśmy w okolicznych wioskach, zajmując szopy i stodoły. Ale gdy nadeszły jesień i zima, życie w takich warunkach nie było już możliwe. Poczęliśmy więc, mimo zakazu, powracać do swych mieszkań. Żołnierze z jednostek frontowych nie zabraniali nam powrotów. Bo byli to już zupełnie inni ludzie, niż na początku wojny. Przedtem srodzy, pewni siebie służbiści, teraz spokorniali, czujący nadciągającą klęskę. Ale co to było wówczas za życie… Nie mieliśmy ani gdzie, ani za co kupić żywności. Nie mieliśmy opału ani nafty do oświetlania. W piwniczce pozostały nam resztki ziemniaków i marchwi.

Na zdjęciuwykonanym w czasie wojny na rynku w Wierzbniku – biedna ludność oblegająca miejsce rozdawnictwa używanej odzieży.

Aleksander Pawelec

1 Komentarz dla “Życie w warunkach wojny i okupacji

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.