starachowice
home
RSS

Diana nie odeszła na zawsze…

  • Napisany przez:
  • Skomentuj

– Mówi się, że czas leczy rany, ale ta rana nigdy się nie zabliźni. Ból w sercu pozostanie na zawsze. Diana nie odeszła całkiem, jest w moim sercu, we wspomnieniach, na zdjęciach. Bardzo bym chciała się z nią spotkać – mówi Elżbieta Urban, mama 12-letniej Diany Mirczew, która zginęła w wypadku autokarowym w 1987 roku. To była jedyna córka……

30 lat temu, kiedy doszło do katastrofy autokarowej w Dyminach Diana Mirczew miał 12 lat. Była piękną, młodą dziewczynką. Miała długie, kruczoczarne włosy. Diametralnie różną od słowiańskiej urodę zawdzięczała ojcu, który był z pochodzenia Bułgarem. Mama wychowywała ją samotnie od czwartego roku życia. Dziewczynka jednak nigdy nie sprawiała kłopotów wychowawczych. Przeciwnie, była pogodnym radosnym dzieckiem, bardzo dobrze się uczyła. Lubiła śpiewać i tańczyć…

– Dziś miałby 42 lata, może miałaby dzieci, może miałabym wnuki. Może byłabym już prababcią? Czasem o tym myślę, kiedy widuję na mieście jej koleżanki ze szkoły. Chodziła do SP nr 6, zdała do szóstej klasy. Była bardzo zdolna. Może byłaby lekarzem – snuje refleksje Elżbieta Urban, mama Diany Mirczew.

Tragiczne wakacje

Niestety 1 września 1987 roku Diana nie usłyszała pierwszego dzwonka. Jej krótkie życie skończyło się pod koniec lipca.

– Te wakacje zaczęły się tragicznie. Mieszkałyśmy wtedy na Lubianką. Pamiętam, jak zaraz po zakończeniu roku szkolnego nad wodą utopił się młody 17-letni chłopak. Razem z Dianą widziałyśmy jak jego mama rozpacza po stracie dziecka. Diana mówiła: „Zobacz jak ta mama płacze”. Powiedziałam wtedy, że nie wyobrażam sobie, by mogła ją kiedykolwiek stracić. Miesiąc później sama przeżywałam podobną tragedię – wspomina pani Elżbieta.

Ponoć biegała po polu

Tej tragicznej soboty, kiedy doszło do wypadku, pani Ela była jednym z nielicznych rodziców, którzy jechali po dzieci do Kielc. Tam mieli odebrać swoje pociechy z kolonii. Dla Diany był to trzeci samodzielny wyjazd. Mama dziewczynki nie przeczuwała, że może stać się coś złego. Była w kontakcie listownym z córką. Diana pisała nawet, że się zakochała…

– Był zorganizowany samochód, który miał nas zawieźć do Kielc. Tam pod biurem przy Kościuszki zobaczyłam poranione, zabandażowane dzieci. Zaczęłam rozpytywać, gdzie są pozostałe dzieci. Wtedy dowiedziałam się, że są w szpitalu, że doszło do wypadku. Przez myśl mi nie przeszło, że doszło do takiej tragedii. Któreś z dzieci powiedziało nawet, że Diana po tym, jak autobus zjechał do rowu, wyszła o własnych siłach i biegała po polu. Byłam przekonana, że nic jej nie jest. Ale może ten ktoś był w szoku.

Kobieta zaczęła szukać córki, w dwóch szpitalach jej nie było, dopiero w trzecim na Langiewicza.

– Lekarz zaprosił mnie do sali. Zobaczyłam wtedy Dianę na łóżku, żyła, ale była nieprzytomna, głowa zabandażowana, była po operacji. Wiedziałam, że to ona, ale nie dopuszczałam do siebie czarnych myśli. Tego dnia wróciłam do domu, bo wtedy nie można było zostać przy dziecku w szpitalu. W niedzielę rano, pojechałam z powrotem do Kielc. Niestety Diana już nie żyła, od lekarza dowiedziałam się, że zmarła w nocy – łzy napływają do oczu kobiety.

Świat runął w jednej chwili. Pierwsza myśl, jak przyszła do głowy pani Eli, to skończyć ze sobą. Potem przyszło oprzytomnienie. Przecież nie mogła tego zrobić swoim rodzicom, którzy stracili ukochaną wnuczkę.

Jak kadry z filmu

To, co działo się potem, pani Ela pamięta jak przez mgłę. Pogrzeb odbył się kilka dni po tragedii, ale dokładnej daty mama Diany nie pamięta. Była na lekach uspokajających. Niewiele pamięta z ceremonii pogrzebowej, wszystko odbywało się jakby poza nią.

– Myślałam, że serce mi pęknie, że nigdy nie będę słuchała radia, oglądała telewizji, że nie wyjdę do ludzi. Chciałam odejść tak samo, jak ona. Obwiniałam Boga, że zabrał mi jedyne dziecko. Miałam do niego ogromny żal. Pomogła mi wiara. Przypomniałam sobie o Hiobie, który stracił 10 dzieci i nie obwiniał o to Boga. Czytałam bardzo dużo Biblii. Doszłam, do wniosku, że Bóg mi jej wcale nie zabrał. Wierzę, że Diana śpi i czeka na zmartwychwstanie. Często mi się śni, że się z nią witam. Bardzo bym chciała się z nią spotkać. Wiem, że nie odeszła na zawsze – mówi 65-letnia kobieta dodając: czas leczy rany, ale ta rana nigdy się nie zabliźni. Czy straciłabym dziesięcioro dzieci, czy to jedno – ból byłby podobny. Dla matki to bardzo bolesna strata.

W żałobie pani Eli bardzo pomogli bliscy z rodziny, z których do dziś pozostało już niewielu.

– Straciłam wszystkich bliskich: rodziców, rodzeństwo, pięć lat temu zmarł mi mąż. Zostały tylko dzieci po braciach. Mam przyszywane wnuki, prawnuki. Wsparcie mam we wspólnocie Świadków Jehowy, do której należę. Za sprawą Księgi Hioba, dziś zupełnie inaczej patrzę na świat. Przez grzech Adama i Ewy, Bóg dopuszcza cierpienie. Tu na ziemi jesteśmy cały czas w podróży, to pewien etap w drodze do Królestwa Bożego – dodaje.

Bez żalu

W wypadku kolonijnego autokaru życie straciło w sumie 10 dzieci: pięcioro ze Starachowic, troje z Kielc, jeden chłopiec z Mirca i jedna dziewczynka z Młynka (gm. Brody). Walczyła o życie jeszcze przez miesiąc po wypadku.

– Mam kontakt z rodzicami tych dzieci. Na miejscy wypadku byłam tylko raz, kiedy ustawiono tam pamiątkowy kamień. Czy mam żal do kierowcy, który został uznany za sprawcę zdarzenia? Do niego – nie. Raczej do tych, którzy go wysłali w trasę. On był nieprzygotowany. Ten wypadek przekreślił również jego życie. Dostał wyrok sześciu lat pozbawienia wolności. Ale żaden z rodziców nie występował w czasie procesu, jako oskarżyciel posiłkowy. On poniósł karę – ma na sumieniu 10 dzieci. Na pewno trudno żyć z takim ciężarem – dodaje pani Ela.

25 lipca, jak co roku, mama Diany, na pewno odwiedzi jej grób na cmentarzu. Jak mówi, w grobie leżą tylko szczątki Diany, ona pozostaje w sercu, we wspomnieniach, na fotografiach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.

Protected with IP Blacklist CloudIP Blacklist Cloud

Rozmaitości Kultura Oświata

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5

Najnowsze

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5