starachowice
home
RSS

Położna nie wraca do pracy

  • Napisany przez:
  • Skomentuj

Starachowicki sąd oddalił powództwo jednej z sześciu położnych, która starała się o powrót do pracy po tym, jak pacjentka urodziła dziecko na podłodze normalnej sali a nie na porodówce. Z formalnego punktu widzenia procedury zostały zachowane, ale czegoś zabrakło – w ocenie sądu – brakło intuicji położnej.…

Tragedia i zło

– Stała się tragedia – co do tego nie miał wątpliwości sędzia Jarosław Pniak orzekając w sprawie z powództwa położnej zwolnionej dyscyplinarnie z pracy po porodzie w starachowickim szpitalu. – Do tragedii doszło zanim pacjentka trafiła do szpitala. W szpitalu stała się rzecz zła – pacjentka na krótką chwilę została sama. Poród odbył się w warunkach, które nie przystają na realia państwa Unii Europejskiej. Procedury były zachowane, wszystkie formalne czynniki zostały spełnione, ale czegoś zabrakło. Zabrakło intuicji położnej, która była najbliżej pacjentki. Gdy położna widzi, że wody płodowe odchodzą – to znak, że wszczęta jest akcja porodowa. Badania były dwie godziny wcześniej, w tym czasie mogło wiele się wydarzyć, można było coś zrobić. Trzeba było szukać pomocy. Niedopuszczalny jest brak komunikacji z doktorem. Kontakt telefoniczny był niemożliwy, co zdarzało się wcześniej. A gdyby doszło do zagrożenia życia? – pytał sędzia uzasadniając swoje postanowienie w sprawie położnej, która otrzymała wypowiedzenie z pracy po zdarzeniu z 2 listopada 2016 roku.

Zrobiłam, co mogłam

Decyzją sądu do pracy nie została przywrócona 50-letnia położna z 8-letnim doświadczeniem, która owego dnia sprawowała bezpośrednią opiekę nad pacjentką na odcinku patologii ciąży. Nie pomogły tłumaczenia, że pełniła dyżur jednoosobowo.

– Dyżur pełniłam od 7.00 do 19.00. O ósmej była wizyta. Dostałam informację, że leży pacjentka z obumarłą ciążą. Podjęto czynności, które miały wywołać poród. Ok. godz. 14.00 mąż pacjentki poinformował, że odczuwa skurcze. W mojej ocenie były nieregularne. Mąż pacjentki prosił, bym przyspieszyła poród – próbował dawać mi pieniądze. Powiedziałam, że wszelkie decyzje podejmuje lekarz. Doktor przyszła po 10-15 minutach. Wzięła pacjentkę do badania, podłączono KTG, ale skurcze się nie zapisały. Po badaniu pacjentka wróciła na salę. W ciągu godziny skurcze się nasiliły, ale wody nie odeszły. Byłam kilka razy u pacjentki, w między czasie przyjmowałam inne pacjentki. Po 16.00, kiedy wody odeszły zadzwoniłam do doktor, ale lekarz nie odebrał. Szukałam doktor przez inną położną. W końcu zdecydowałam, że pójdę jej sama poszukać, żeby było szybciej. Kiedy wróciłam z doktor do pacjentki, kucała koło łóżka i trzymała dziecko na ręku – zeznawała położna dodając, że nikt nie zawinił, bo nikt się nie spodziewał, że poród tak szybko nastąpi. – Na tyle ile mogłam, tak pomogłam. Myślałam, że zdążę iść po doktor i na wózku przewiozę pacjentkę na trakt porodowy. Nie rozumiem powodu rozwiązania umowy. Kocham swój zawód i chcę pracować. Nie wiem, co było przyczyną mojego zwolnienia, nikt nie czynił mi zarzutów, że coś źle zrobiłam. Z tą całą sytuacją jest mi bardzo przykro.

Dyrektor bez wątpliwości

Zeznający w charakterze strony Grzegorz Fitas, dyrektor PZOZ, powiedział, że przyczyną rozwiązania umowy był przebieg porodu, który odbył się samoistnie, bez nadzoru.

– Podjąłem radykalne decyzje, gdyż sam jestem lekarzem i moja wrażliwość jest wyczulona. Czasem ważna jest każda minuta. Nie wyobrażam sobie, by personel nie wiedział, co dzieje się na oddziale. A z zeznań powódki wynika, że nie wie, komu podlega. Od kiedy zostałem dyrektorem starałem się, by szpital działał zgodnie z procedurami. Problemem była wielkość oddziału ginekologiczno-położniczego i jego rozdzielenie go na dwóch kondygnacjach. Nadmierna kubatura, przerost zatrudnienia i małe obłożenie, dlatego zdecydowałem o przeniesieniu oddziału na jedno piętro. Wcześniej nie było na to zgody ordynatora oddziału, była blokada ze strony personelu. Pacjenci byli rozproszeni, personel też – musiało do tego dojść. Decyzję w sprawie organizacji oddziału przyspieszyłem w momencie nieszczęścia. Wyobraziłem sobie siebie jako męża, który chodzi i prosi o pomoc i jej nie otrzymuje. Był czas by się zająć pacjentką, są rzeczy ważne i ważniejsze. Był określony problem, który zbagatelizowano. Nie mogę się zgodzić na takie sytuacje, tym bardziej, że było na tyle personelu, który bierze za opiekę pieniądze – tłumaczył dyrektor powody zwolnienia aż tylu osób.

Zabrakło empatii

Sądu nie przekonały argumenty pełnomocnika położnej, który w mowie końcowej powoływał się na wyniki kontroli NFZ, który nie stwierdził uchybień w zachowaniu procedur oraz opinie konsultanta wojewódzkiego ds ginekologii, który potwierdził, że postępowanie personelu było zgodne ze standardami.

Bardziej przemawiające okazały się argumenty pełnomocnika PZOZ.

– Obowiązkiem pielęgniarki jest być przy pacjencie, gdy tego potrzebuje. Położonej w kluczowym momencie nie było. Chęć wręczenia łapówki dowodzi tego, że tej pomocy nie było. Zawiódł zespół, wszyscy, którzy byli wtedy na dyżurze. Formalnie wszystko było prawidłowo, ale nie zadziałał czynnik ludzki, zabrakło empatii – tu jest związek przyczyno-skutkowy, który rzutuje na funkcjonowanie oddziału. Budowanie jego wizerunku potrwa bardzo długo – mówił Maksymilian Szydłowski, pełnomocnik PZOZ.

Koniec kariery?

Sąd podkreślił, że trudno wydawać postanowienia, które podsumowują czyjąś karierę. Ale w ocenie sądu, ktoś zawinił.

– Nie tylko powódka jest winna, sporo nieprawidłowości obciąża pracodawcę, co było sygnalizowane przez personel – przyznał sędzia Pniak. – Położna mogła podjąć jednak inną decyzję – mając przy sobie przenośny telefon pozostać przy pacjentce i dzwonić po pomoc. Pracodawca miał podstawy do oceny sytuacji jako rażące naruszenie obowiązków pracowniczych.

Decyzja sądu nie jest prawomocna, sąd zwolnił położną z kosztów procesu ze względu na fakt pozostawania bez pracy. Pełnomocnik położnej zapowiedział apelację.

Sprawy dwóch ostatnich położnych zostały odroczone do 29 sierpnia. Obie wniosły o rozszerzenie powództwa, w związku ze zmianą kwoty wynagrodzenia za czas pozostawania bez pracy. Przedstawiono również nowe okoliczności dowodowe – obie położne są członkami organizacji związkowych przez co podlegają ochronie pracowniczej.

Przypomnijmy, po wydarzenia z listopada ub. roku, kiedy 33-letnia kobieta urodziła martwe dziecko na podłodze normalnej sali szpitalnej a nie na porodówce, pracę straciło dziewięć osób: trzech lekarza i sześć położnych. Dwóch walczy o odszkodowania z tytułu utraty pracy, z jednym została rozwiązana umowa kontraktowa. Wszystkie położne wniosły o pozwy do sądu o przywrócenie do pracy. Z trzema zawarto już ugody, jednej powództwo oddalono a dwie sprawy są nadal w toku.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.

Protected with IP Blacklist CloudIP Blacklist Cloud

Starachowice

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5

Najnowsze

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5