starachowice
home
RSS

Widziałem dziadka z kulą w głowie

  • Napisany przez:
  • Skomentuj

Tragicznym wspomnieniami z Gębic i Żuchowca, podzielił się z nami naoczny świadek tych wydarzeń, pan Henryk Skiba ze Stykowa (gm. Brody).…

Tragicznym wspomnieniami z Gębic i Żuchowca, podzielił się z nami naoczny świadek tych wydarzeń, pan Henryk Skiba ze Stykowa (gm. Brody).

Gębice i Żuchowiec, obecne tereny gminy Pawłów. Wówczas mieszkał tam 80-letni dziś Henryk Skiba. Miał niespełna 8 lat a to co wydarzyło się 24 maja 1943 roku pamięta, jakby to było wczoraj. Przeżył dwie pacyfikacje, które na trwałe zapisały się w jego pamięci.

– Byłem jedynakiem, ojciec był w wojsku. Mama mnie wychowywała – wspomina pan Henryk. – Po Żuchowcu chodził niejaki Gierada, który handlował skórami, miał kontakt z szewcami. Był agentem niemieckim. Namawiał mężczyzn z Żuchowca, by wstępowali do partyzantki, by zabijać Niemców. Zrobił listę tych, co się zgłosili. Potem namówił chłopców z Gębic, by pozżynali słupy wysokiego napięcia. Doniósł Niemcom i tak się zaczęło. Przyjechali do wioski. Wyczytali wszystkich z listy i zabrali do smugu. Tam była studnia, obok której kazali kopać doły. I tam ich zabijali. Jeden po drugim strzelali w głowę i wrzucali do dołu – wspomina wydarzenia z 24 maja 1943 roku. – Z mojego domu trzy osoby: dziadek i dwóch braci ojca. Jeden nie miał jeszcze 18 lat. Widziałem dziadka z kula na czole. Bo jak odjechali poszliśmy szukać swoich. Stryj Bolek, który próbował uciekać leżał zabity przy mrowisku.

Wszystkich pochowano we wspólnej mogile pod lasem. W sumie ok. 70 osób. Bo to samo zrobili z chłopami z Gębic, kilka miesięcy później, 11 listopada 1943 roku…

– Niemcy jechali przez wieś gazikiem. Pięciu ich było, bo widziałem. Niedaleko była leśniczówka, z której padły strzały. Nic im nie zrobili, zawrócili, odjechali, ale po kilku godzinach wrócili. Zebrali wszystkich, kto był żywy w wiosce: mężczyzn, kobiety, dzieci. Było dużo ludzi, byli też przyjezdni. Sprawdzali wszystkich, skąd są. Przyjechała wtedy do nas siostra ojca ze Starachowic, była służącą u dr Borkowskiego. Miała kartę (taki dzisiejszy dowód). Pozamiejscowych zatrzymali. Resztę zwolnili do domu. Niemiec, czysto po polsku powiedział, by uciekać. Kiedy zwolnieni ruszyli do bramy, reszta za nimi, bo wiedzieli, co ich czeka. Zrobił się chaos. Wielu udało się uciec, ale wielu esesmani zatrzymali. Kazali klękać po dwóch i strzelali w tył głowy. Wtedy zginęło ok. 150 osób, w tym kuzynka, która miała 4-letnie dziecko. Je też zabili… – nie potrafi ukryć wzruszenia pan Henryk.

Ponieważ rodzinny dom pana Henryka został spalony, zimę przeczekali u rodziny w Godowie. Potem wrócili do Żuchowca, gdzie czekał tylko pies. Pobudowali drewniany domek, w którym pan Henryk doczekał dorosłości.

– Często wracam pamięcią do tych dni. Chęci do życia były, ale później bałem się Niemców. Jak zobaczyłem żandarma, to cały drżałem ze strachu. Była u nas stodoła z sianem. Zawsze mówili, że nas tam spędza i spalą. Tego się bałem. Do dziś nie mogę zrozumieć, jak katolik katolikowi, mógł zrobić coś takiego. Przecież Jezus powiedział: „nie zabijaj”… – dodaje z przykrością, dziękując Bogu za ocalenie.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.

Protected with IP Blacklist CloudIP Blacklist Cloud

Historia

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5

Najnowsze

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5