starachowice
home
RSS

Wyznania arbitra

  • Napisany przez:

Każdy interesujący się piłką nożną wie, jak bardzo wynik meczu…

Każdy interesujący się piłką nożną wie, jak bardzo wynik meczu zależy od sędziego. Bywa on często zasypywany pochwałami za stanowczość i bezstronność. Ale też czasem umieszczany pod bezlitosnym pręgierzem krytyki ze strony niezadowolonej z wyniku meczu publiczności.

W Starachowicach mieliśmy kilkunastu świetnych arbitrów, a należeli do nich m.in. E. Ślusarczyk, T. i H. Buczkowie, B. Hilgert i L. Kasprzyk. Byli oni w większości pracownikami Fabryki Samochodów Ciężarowych, a funkcję w sporcie zaliczali do zajęć dodatkowych. Sobotnio-niedzielne wyjazdy na mecze uszczuplały ich czas przeznaczony dla rodziny. A mimo tego nie rezygnowali ze swego hobby. Przyzwyczajenie okazywało się silniejsze.

Przeprowadziłem kiedyś wywiad z wymienionym Edwardem Ślusarczykiem. Rozmawiałem w czasie, gdy ze względu na wiek nie przysługiwało mu już prawo prowadzenia meczów drużyn I i II ligi państwowej, ale mógł nadal sędziować w rozgrywkach zespołów niższych klas.

A oto fragmenty przeprowadzonej z nim rozmowy;

– Panie Edwardzie. Proszę powiedzieć – czy jeśli któryś z zawodników tak gra, aby jego drużyna przegrała, sędzia to zauważy?

– Jest to trudne. Ale zauważyć można, zwłaszcza, gdy na przykład obrońca uderza ręką w piłkę. Albo gdy zawodnik przewraca się bez powodu w groźnej sytuacji podbramkowej…

– Czy sędzia ma obowiązek donieść odpowiednim władzom sportowym o takich spostrzeżeniach?

– Tak. Powinien także ewentualnie poinformować, czy zawodnicy przed meczem się zmawiali, co by wskazywało, że starali się wpłynąć na jego wynik.

– Dlaczego częściej wygrywa drużyna gospodarzy… Obecność własnej publiczności „uskrzydla” zawodników, czy też arbiter będący pod presją widowni bywa stronniczy na korzyść miejscowych?

– Decydujące jest większe zaangażowanie zawodników.

– A od sędziego nic nie zależy?

– Mogę mówić tylko o sobie. Zawsze starałem się być równie sprawiedliwy wobec drużyny gospodarzy i gości.

– Próbowano pana kiedyś przekupić?

– Raz się zdarzyło. Rozmawiano ze mną w ten sposób, że domyśliłem się o co chodzi. Oczywiście stanowczo wybiłem im z głowy jakiekolwiek układy.

– Jeśli widownia woła „sędzia kalosz!” – pana to denerwuje?

– Doświadczonego sędziego nie wyprowadza to z równowagi.

– Czy miał pan kiedyś po meczu wyrzuty sumienia z powodu podyktowanego rzutu karnego, co okazało się błędne?

– Owszem, miałem. Ale czy jest na to jakaś rada…

– Co pana tak długo utrzymuje przy piłce. Czy rodzina godzi się z pańską nieobecnością w każdą niedzielę? I przez tyle lat?

– Przyzwyczajenie jest ode mnie silniejsze. Byłem kiedyś zawodnikiem klubu sportowego w Stalowej Woli. A potem zostałem sędzią. Bieganie po boisku pozwala mi zachowywać sprawność fizyczną mimo upływu lat. A żona już się przyzwyczaiła, że ciągle mnie nie ma. Każda niedziela zajęta, tydzień po tygodniu. Nawet się człowiek nie obejrzy, że właśnie skończyło się lato, a nadeszła jesień.

– Ile pan przebiega kilometrów na każdym meczu?

– Teraz, gdy już się nie zajmuję ligą, to mniej. Dobry arbiter powinien być zawsze blisko tam, gdzie jest piłka. A więc musi przebiec podczas meczu około piętnastu kilometrów. Więcej jak zawodnik.

– Jest zwyczaj, że drużyny dziękują sędziom po ostatnim gwizdku?

– Zwycięskie prawie zawsze. A przegrane raz na dziesięć przypadków.

Fot. 1979 r.  Drużyna Zakładu Transportu FSC, która wygrała w Zakładowej Spartakiadzie. Sędzia Edward Ślusarczyk stoi drugi od lewej.

Aleksander Pawelec

 

Historia

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5

Najnowsze

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5